zpa

Ubijcy

Ruscy nałogowo zabijają przywódców niepodległej Polski. To oczywista oczywistość i główne hobby brudnych kacapów. Nikt nie poczuje się zaskoczony, gdy IPN lada dzień ogłosi, że to sowieci zabili pierwszego prezydenta Najjaśniejszej Niepodległej Gabriela Narutowicza. Sam Dzierżyński wręczył nagana swemu agentowi nazwiskiem Genij Niewiadomskoj. „Idi i ubij etu sobaku” – zmotywował malarza każąc killerowi udawać katolika i polskiego narodowca.

Kiedy Lech Kaczyński najechał osetyńską wieś Achmadżi, żołnierze z posterunku strzelali w górę bynajmniej nie na wiwat. Myśleli, że prezydent Rzeczpospolitej jest wyższy, celowali więc w przypuszczalną głowę. Dowodem, że ogień otworzyli Rosjanie jest to, że przekrzykując palbę wołali „Job twoju mat” w najczystszym języku Puszkina. Forma zdradza narodowość strzelców, treść dowodzi, że wiedzieli, kogo próbują rozstrzelać.

IPN wyjął z grobu szkielet Władysława Sikorskiego, wcześniejszego wodza Polaków. Celem było potwierdzenie, że zabili go sowieci i dla niepoznaki strącili do Morza Śródziemnego. Tygodnik „Wprost” – echo IPN – tydzień po tygodniu drukował wyniki własnego dziennikarskiego śledztwa w tej sprawie. Wbrew oczekiwaniom IPN nie znalazł w czaszce generała kuli z napisem: „NKWD, KGB itd.”. Widocznie agenci Moskwy wcześniej ją wydobyli dla zatarcia śladów.

Związek Radziecki zamordował gen. Sikorskiego, gdyż świetnie wiedział, że póki żyw, nie pozwoli mu zagarnąć Polski. Wyjmie szablę i przepędzi sowietów ze Lwowa i Wilna, a później z Warszawy, Szczecina i Berlina. Tymczasem po trupie wodza Ruscy wzięli nas jak płotki do saka. Jeśli więc w czaszce Sikorskiego nie ma dziury, to tylko dlatego, że postkomuniści ją zalepić.

„Rzeczpospolita” podaje, że być może w Gibraltarze zamachowcy wskoczyli do samolotu Sikorskiego tuż przed startem, wszystkich w nim zastrzelili i wyskoczyli, jak się wzbijał w powietrze. „Nasz Dziennik” twierdzi, że oprawcy byli z radzieckiego kontrwywiadu wojskowego SMERSZ przebrani w polskie mundury. Kierował nimi Anglik Philby – agent NKWD. Są i inne szczegóły: mordercy przylecieli samolotem ambasadora ZSRR w Londynie Iwana Majskiego, który chciał się zrehabilitować za podpisanie z Sikorskim w 1941 r. paktu o współpracy. Rzecz jest pewna, jak gdyby Rydzyk przy tym był.

Według innej wersji sowieci udusili Sikorskiego w Gibraltarze, a do samolotu wsiadł nierozpoznany przez córkę i adiutantów generała sobowtór – kamikadze. Ponieważ jednak brakuje dymiącego pistoletu lub stryczka z generalskim naskórkiem, IPN będzie przez nadchodzące lata szukał dowodów winy bolszewików. Należy mieć nadzieję, że Instytut Pamięci Narodowej bez reszty poświęci się temu śledztwu i poniecha przez to prześladowania osób żyjących. Naprawdę groteskowy kraj idiotów. Szczęściem świat nie zwraca na nas uwagi.

Co się tyczy Kaczyńskiego, to trudno przewidzieć, co też teraz on wykona powodowany antyrosyjską wścieklizną. Gotów jest chyba wynająć killera, żeby go zastrzelił, jeśli wywołałoby to polityczny konflikt Zachodu z Rosją.

Lech Kaczyński nie jest jednak arcyksięciem Ferdynandem, więc żywy czy umarły wojny szczęściem nie wywoła. Nie potrafił sprowokować nawet potyczki w osetyńskim powiecie.

praca

Magistrzy ostrzą noże

Jako młody pracowałem dla pieniędzy, sławy i idei. Nie równocześnie. Przy różnych zajęciach odmienny przodował motyw. Współcześnie początkujący tyrają na dobre CV. Kolekcjonują załączniki do curriculum, a nie – jak ja – fajki.

Dziewczyna pracująca u mnie w domu jako – elegancko mówiąc – gosposia odchodząc poprosiła o świadectwo pracy. – Czy może pan napisać „menedżer rezydencji”? Wpisałem: „menedżer generalny zespołu rezydencji”. Czemuż mam jej żałować. Brałem ją, gdy była sprzedawczynią w pobliskim warzywniaku, co w CV figuruje: „Menedżer sprzedaży, branża spożywcza”.

Ma ona licencjat menedżerstwa i robi magisterium z organizacji i zarządzania. Kariera jej biegnie więc zgodnie z wyuczonym zawodem. Powinienem był jeszcze wpisać, że tłumiła swój pracoholizm, aby chodzić do kościoła. Skoro bowiem pracowała u Urbanów, czyli w strefie skomunizowanej, uczęszczanie na msze świadczyłoby o niej, że nie nasiąkła. Przy zgrabnym dysponowaniu dupą mogłaby więc jako magister-katoliczka dojść do stanowiska prezeski Orlenu. Albo KGHM ze względu na biblijne pokrewieństwo cymbała brzmiącego z miedzią brzęczącą.

W lewicowym świata rozumieniu wielkim sukcesem rządzącej prawicy było zwielokrotnienie liczby studentów. Wyższe wykształcenie stało się w kapitalizmie dobrem masowym jak samochody i kurczaki. Teraz okazuje się i krzyczy się o tym, że zasięg prawdziwego wyższego wykształcenia jest niewiele szerszy niż w PRL. Miliony kupują na raty zwane czesnym za semestr śmieciowe dyplomy wieńczące pozorne studia.

Dwojako oceniać można to zjawisko. Jeżeli wtórny analfabeta z maturą dwa razy na miesiąc słucha wykładu jakiegoś hochsztaplera, klika czasem do wikipedii, żeby przedrukować stamtąd coś, co przekaże jako swoją pracę pisemną, sposobem wypełni test egzaminacyjny i dowie się, że „good bye” to coś innego niż „Boże fruwaj” – lepsze to niż nic. Nie każdy magister musi być choćby ćwierćinteligentem. Dyplom, który poprawia samopoczucie i wzmaga aspiracje społeczne, stanowi wartość dodaną w ludzkim życiu. Zawsze jakaś cząstka naciąganych dyplomantów zrobi ze swego statusu korzystny użytek.

Dominuje jednak pogląd odmienny, a to dlatego, ponieważ o edukacji publicznie debatują uniwersyteccy, czyli na ogół prawdziwi magistrzy, doktorzy i profesorowie. Biadają oni, że miliony młodych ludzi są ofiarami oszustwa, samooszustwa i pieniężnego wyzysku. Rezultatem pozornych studiów są rozczarowania na rynku pracy. Absolwenci wstępnie objawiają wygórowane aspiracje i oczekiwania, a kwalifikacje mają niskie. Zderzenie to powoduje, że szukanie posady jest pasmem kolejnych rozczarowań – i kandydatów, i pracodawców. Wchodzenie w życie stanowi mękę ciągłego spuszczania z tonu.

Sądzę, że kształcenie pozorne w jednym tylko jest gorsze niż jego brak. Przedłuża pobyt w życiowej poczekalni, opóźnia poczucie dorosłości. Poza tym lepiej udawać przed sobą i światem studiowanie niż zupełnie zredukować wczesne życie do kibicowania meczom, układania glazury czy do oglądania seriali i chodzenia z ciążami do ginekologa.

Masowa produkcja sfrustrowanych, okaleczonych, zawiedzionych w swych ambicjach, młodych ludzi rozczarowanych brakiem harmonii pomiędzy ich dyplomami a pośledniością ofert pracy i płacy stwarza wielkie polityczne niebezpieczeństwo. Miliony młodych mających mało do stracenia i zorganizowanych poprzez internet obalić zechce prędzej czy później niekorzystne dla nich stosunki. Wznieci kolejny bunt przeciw elitom.

Dialog niezmyślony z następną pracownicą kuchenną -kolekcjonerką załączników do CV:

– Więc co pani studiuje?

– Bezpieczeństwo.

– Co to znaczy?

– To pomaga dostać się do policji.

– I co pani teraz jedzie zdawać?

– Resocjalizację.

– Co to jest?

– Coś o socjalizmie.

– On dobry czy zły?

– Dla więźniów bardzo dobry.

Żebyż ona chociaż to wiedziała, że robiąc karpia w galarecie do rozpuszczonej żelatyny nie wkłada się zupełnie surowej ryby. I tak dobrze, że nieżywej, bo pokrojonej w dzwonka. Piszę swobodnie, gdyż moja studiująca pracownica domowa tych szyderstw nie przeczyta, bo nie czyta niczego. Czyż jednak kiedyś nie zapragnie poderżnąć gardła komuś więcej niż karpiowi?

cs

Cywilizacja śmierci

Część marca papież spędził w Afryce i jego przesłanie dla ludności kontynentu można zawrzeć w jednym słowie: zdychajcie.

Benedykt XVI potępił stosowanie prezerwatyw. To nic nowego, ale w tamtym miejscu miało zbrodniczy posmak. Afrykanów dziesiątkuje głód i skutki niedożywienia oraz AIDS. Kondomy zmniejszają zakażenia HIV-em i przeciwdziałają nadmiernej rozrodczości rosnącej na tym kontynencie szybciej niż potencjał żywnościowy.

Papież występował także w roli technologa przemysłu gumowego wywodząc, że prezerwatywy są nieskuteczne, bo wirus przez nie przenika. Zwiększają więc problem AIDS, bo chronią tylko w 50 procentach. Fachowcy od gumy, wirusów i chorób, ci, których opinie nie są ideologicznie motywowane, utrzymują, że kondom chroni z 90-procentową pewnością. Gdyby jednak tylko połowie użytkowników ratował życie, też przecież wart jest naciągania.

Zamiast prezerwatywy „Jego Świątobliwość” doradzała wstrzemięźliwość seksualną i wierność małżeńską, co w kontekście afrykańskiej kultury jest poradą groteskową. Poza tym papież jeszcze wojował z miejscowymi czarownikami, ale to już normalna walka konkurencyjna przedsiębiorstw tej samej branży.

Kościół katolicki piętnuje jako cywilizację śmierci pakiet poglądów wyrażających przekonanie, że człowiek jest panem swego życia, ma więc prawo swobodnie decydować m.in. o swej rozrodczości i o przerwaniu własnej egzystencji. Kler twierdzi, że właścicielem istoty ludzkiej i sternikiem jej poczynań jest siła wyższa. Państwo więc powinno wymuszać poddaństwo wskazówkom Boga-właściciela także tych ludzi, którzy w żadną siłę nadprzyrodzoną nie wierzą i chcą być wolni. Prawdziwym otóż misjonarzem cywilizacji śmierci w Afryce jest katolicki arcykapłan, który zwalcza instrumenty realnie służące ograniczaniu przedwczesnych zgonów. Przypuszczalnie żadna współczesna dyktatura lewicowa czy prawicowa, żaden fundamentalizm posługujący się terrorem nie ma na sumieniu tylu ludzkich istnień, co przybysz z Watykanu mający w Afryce aż 150 milionów wyznawców żyjących w kulturze, gdzie istnieje nawyk dosłownego traktowania zaleceń różnych przewodników duchowych.

W efekcie wypowiedzi papieża, że „dystrybucja prezerwatyw w Afryce tylko pogarsza epidemię AIDS” największa awantura wybuchła we Francji. 85 procent tamtejszych katolików domaga się zezwolenia Watykanu na stosowanie antykoncepcji, a 43 proc. chce abdykacji papieża traktującego dobro ludzi jako wartość podrzędną wobec regulacji wymyślonych przez katolickich hierarchów.

Dla Polaków takie rzeczy jak zderzenie się szefa ich religii z człowieczeństwem są rzeczą podwójnie obojętną. Po pierwsze bowiem cały świat, z Afryką na czele, gówno obchodzi nasze egocentryczne a prowincjonalne plemię. Pod drugie papieskich słów się nie ocenia, te dźwięki traktuje się podobnie jak szum morza. Gdy papież mówi, mózgi zostają wyłączone. Na ogół papieże są po prostu niesłyszalni.

Obojętność rodaków wobec Benedykta irytuje mnie, gdyż miewam bliskie z papiestwem związki. Byłem skazany przez sąd za lżenie poprzednika Benedykta nr 16, czyli Jana Pawła nr 2. Jak sądzę, nie popadam jednak teraz w recydywę, bo lżenie każdego z papieży liczy się od nowa.

Po drugie grałem raz papieża. W latach 90. holenderski reżyser Theo van Gogh nakręcił o mnie film dokumentalny, w którym realistyczne obrazki i moje opowieści przemieszane zostały z groteskowymi fantazjami. W kostiumie papieża będącym – jak wiadomo – czymś w rodzaju męskiej sukni ślubnej odwiedzałem burdel, błogosławiłem kurwom, a następnie uprawiałem seks plącząc się w sutannie – stroju naprawdę sprzyjającym wstrzemięźliwości płciowej.

Theo van Gogh, słynny holenderski reżyser, showmen i kabareciarz, był wnukiem brata malarza Vincenta i spadkobiercą fortuny, jaką są płótna stryjecznego dziadka sprzedawane po 100 milionów dolarów sztuka. Przewodnikiem van Gogha-wnuka w Polsce i faktycznym współautorem filmu był naukowiec dr Michał Korzec. Obu tych świętokradców spotkał tragiczny koniec. Van Gogh nakręcił film o poniewierce kobiet w islamie i za to Mohammed Bouyeri, muzułmański fanatyk religijny, w 2004 r. zastrzelił go na ulicy w Amsterdamie, a także poderżnął mu gardło i przebił ciało nożem z nadzianym nań fragmentem Koranu. Z dr. Michałem Korcem los obszedł się jeszcze bardziej okrutnie: ożenił się on z prof. Jadwigą Staniszkis.

malowanie

Chłopcy malowani

Osobistościom, które występują, telewizje zakazują błyszczeć. Gdyby ktoś błysnął, to siedzący przed odbiornikami target odczułby swą niższą wartość. Nie poszedłby wtedy do dilera po auto, na którego kupnie można zarobić do 19 000 zł. Ani nie kupiłby komórki za 0 zł, by odbywać rozmowy o bardzo wartościowej treści za jedyne 23 grosze. Władcy telewizji zapobiegają błyszczeniu w ten sposób, że warunkiem występu jest oddanie twarzy do przemalowania beżową farbą ścienną. W pokoju przypominającym zakład fryzjerski wisi zdjęcie Dody jako wzór odczłowieczania. Życiowo przegrane panienki, którym nie udało się zostać kochankami prezesa lub choćby profesorami uniwersytetu i noszą miano wizażystek, smarują osobistościom mordy. Chodzi o to, żeby jednej nie można było odróżnić od drugiej. Są jednak na to sposoby. Jeżeli po bokach maski Dody pionowo zwisają dwie prawdziwe błękitne akwamaryny, znaczy to, że obcujemy z red. Pochanke przedstawiającą „Fakty” w TVN. Gdy po bokach twarzy brak kolczyków a zwisają obfite puce, mamy do czynienia z posłem Kaliszem. Nabrzmiałe, kapryśne w swym wyrazie usta między strugami pszennych włosów a’la Ziemowit, syn Piasta, pozwalają odróżnić Monikę Olejnik od ministra Ćwiąkalskiego. Prezydenta Rzeczpospolitej bystry obserwator też nie pomyli z panią Olejnik, gdyż ma on zaciśniętą szparę zamiast ust, brakuje mu tej, co Olejnik, pewności siebie i jakby prosi się o amputację rąk, bo nie wie, co z nimi zrobić.  Jeżeli identyczna z prezydentem osoba rozwiera szparę i wrzeszczy, a ręką macha i grozi, znaczy to, że pod tynkiem kryje się prezydencki brat Jarosław. Gdy taka sama jak oni osoba uśmiecha się od ucha do ucha i mieszka na billboardzie żądając ochrony, gdyż jest podobna do prezydenta RP, mamy do czynienia ze skandaliczną reklamą niemieckiego radia RMF. Stoi za nią kanclerz Angela Merkel, siostra pani Steinbach, dobrze odżywiona i bezczelnie uśmiechnięta następczyni jednego z poprzednich kanclerzy. Tego, który miał wąsik, a pokonała go Armia Krajowa po zwycięskim powstaniu, któremu przewodził pan Ołdakowski – muzealnik patriotyczny.

Zawsze gdy malunek ludzkiej twarzy wykrzywia się imitując tym grymasem uśmiech, stoi przed wami minister Radek Sikorski. Jeżeli jednak występujący minister ma oczy wyłupiaste, nieruchome jak karp, to nie nazywa się Sikorski, tylko Fotyga. Uśmiech stały, szczery rozkwitający pod nosem płaskim, ciętym poprzecznie, to Gosiewski, zaś gały nieruchome, stalowe, patrzące jakby sztyletowały oznaczają, że Gosiewskiego zastąpił oto Szczygło.

Wielkim wzięciem w społeczeństwie cieszy się Donald Tusk, którego pysk jest banalny, a pomimo to inny niż wszystkich celebrities. Facjata premiera czyni niekiedy wrażenie ludzkiej twarzy. Bierze się to z niechlujstwa. Tusk występujący w studiu TV, będąc uprzednio pomalowanym na beżowo, wygląda jak wszyscy, to znaczy jak Doda i równie fałszywie śpiewa. I wówczas premier jest normalną postacią telewizyjną, czyli męską Barbie. Natomiast kamery często łapią Tuska w przejściu lub po przejściach przelotnie, w biegu. Ma wtedy pysk niepofarbowany, gdyż nie chodzi w makijażu od porannego siusiu do wieczornego paciorka, jak to czynił nieodżałowanej pamięci premier Miller.

Glajszachtując ludzi telewizje chronią Polskę przed rewolucją. Gdyby bowiem kiedykolwiek do studia wdarł się jakiś uzbrojony Che Guevara i machając pistoletem wezwał ludność na barykady, to sam widok nagiego od dekoltu wzwyż człowieka wstrząsnąłby lud autentyzmem. Naród przeżyłby szok na widok człowieczeństwa i z wyciem ruszyłby się z kanap.

termin1

Pułapka na blondynkę

W Warszawie jeden tylko budynek mieści teatr podupadły o nazwie Teatr Narodowy i średnią operę nazwaną Teatr Wielki (dobrze, że nie Ogromny). W dobie kryzysu należy władzom podpowiadać oszczędności. Najlepiej byłoby zrezygnować z przymiotników. W czasach PRL opozycja powiadała, że demokrację socjalistyczną radaby zastąpić po prostu demokracją. Wziąwszy władzę nie idzie już po tej linii.

Na dobry początek proponowałbym zastąpić politykę historyczną polityką tylko. Polityka historyczna jest przeciwieństwem polityki trafnej, współczesnej, skutecznej. Stanowi ona grę walutą przeterminowaną, wycofaną z realnego obiegu. Prawo i Sprawiedliwość, ale także z mniejszym zacięciem Platforma Obywatelska siadają do pokera usiłując rzucić do puli przedwojenne banknoty, rozgrywać brydża carskimi rublami. Przy tym kolejne rządy z zapałem odbywają dawno już rozegrane licytacje.

Polityka historyczna jako taka ma także tę wadę, że nie tylko Polska ją potrafi uprawiać. Inne kraje mają własne polityki historyczne i one ścierają się wzajemnie bez sensu. Przy tym polityka historyczna każdego kraju pobudza politykę historyczną sąsiadów, co ją samą wtórnie potęguje. Wygląda to mniej więcej tak: my w Rosję Katyniem. Ona w nas losem swoich jeńców z 1920 r., polską okupacją Moskwy w czasach Dymitra Samozwańca i powtórnie w szeregach napoleońskich. My w nią wywózkami na Sybir, oni w nas 600 tysiącami mogił wyzwolicieli Polski. My w Niemców Oświęcimiem. Niemcy w nas wysiedleniami i powojennymi lagrami dla ich cywilów wykonujących pracę niewolniczą. My w Ukrainę rzezią wołyńską oni w nas pacyfikacjami i paleniem cerkwi w epoce II Rzeczpospolitej. Czesi w tąż II RP Zaolziem, Litwini zbrojnym zabraniem im stolicy po I wojnie. Jeżeli Ameryka nam nie da swojej tarczy my jej wypominamy Jałtę. Niemcy powiedzą, oddajcie Wrocław skoro Jałta wam się nie podoba a Francuzi oskarżą Polskę o rusofobię. My im na to, że we wrześniu 1939 byli militarnie bierni a oni w zamian, że chcieliśmy swoimi Żydami zapaskudzić ich w międzywojniu Madagaskar.

W taki to ucieszny sposób polityka międzynarodowa upodabnia się do bójki w przedszkolu o dawno połamane zabawki. Rodzi to pytanie o termin przydatności narodowych krzywd i urazów. Kiedyż właściwie historia się przedawnia zważywszy, że bitwa na Psim Polu już wypadła z gry a nawet o kilkaset lat późniejszy najazd szwedzki na Polskę nie skłania rządu w Warszawie do żądania od Sztokholmu szerszego otwarcia rynku pracy? Kiedy więc przedawni się Katyń? Kiedyż przedawni się Oświęcim? Czy możliwy jest pakt międzynarodowy przewidujący, że każdy naród sam tylko się rozlicza ze swoimi winami?

Nota bene Rosja ze swoich nie chce się rozliczać – no to my w nią taranem z plasteliny. Niemcy rozliczali się do znudzenia – nic im to w naszych oczach nie pomaga.

Gdyby uznać, że zdarzenia XX wieku przedawniły się z końcem tamtego stulecia więc Oświęcimiem zajmują się historycy nie zaś polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych realnie poszkodowane byłyby nie prochy i cienie pomordowanych, bo im jest naprawdę wszystko jedno. A i spadkobiercy odpłakali przodków. Pierwszą poszkodowaną byłaby pani Erika Steinbach. Ona naprawdę bardziej się boi polskiego milczenia o Oświęcimiu niż elokwencji więźnia tego obozu, polskiego ministra Władysława Bartoszewskiego. Poadenauerowskie Niemcy przez pół wieku kajały się za hitlerowskie zbrodnie słowem, czynem, pieniędzmi i politycznymi samoograniczeniami. Kiedy w zamian nie usłyszały ze wschodu: było – minęło zaczęły eksponować swoje własne krzywdy i blizny. W tym kierunku nieco zmieniły swoją politykę historyczną zamiast poniechać wszelkiej. Problem wypędzonych pojawił się więc w polityce Berlina z opóźnieniem kiedy nie ma już wypędzonych, bo ci co są nie czują się wypędzeni tak jak potomkowie lwowian nie czują się lwowianami a polscy potomkowie chłopów pańszczyźnianych czują się narodem polskim aż nadto szlacheckim. Problemowi wypędzonych Niemców dodatkowo dodaje żywotności żywy polski zabytek – szacowny prof. Bartoszewski przydający znaczenia pani Steinbach. Dokonujący jej rekultywacji. Jeszcze trochę polskich starań a stanie się ona w Niemczech symbolem nowej, niepokutnej niemieckiej, narodowej polityki historycznej.

Ja na miejscu polskiego rządu (który reprezentuje min. Bartoszewski) nie słałbym listów wytykających poseł Steinbach jej „antypolskich” wypowiedzi. Postąpiłbym inaczej. Wyobraźmy sobie – powiedziałbym uprzejmie – że zwycięskie mocarstwa przyznają Polsce te niemieckie ziemie wschodnie, które zostały jej realnie przydzielone. Nie dopuszczają jednak do żadnych przymusowych wysiedleń. W rezultacie na obszarze Polski zostaje milion czy 2 mln Niemców więc jest ich teraz circa 3 miliony. Czy chciałaby Pani żyć w Polsce wśród swoich niewysiedlonych za nieuznawaną przez Niemcy wschodnią ich granicą? A może wystarcza Pani mniejsze niemieckie grono na Opolszczyźnie? No to serdecznie zapraszamy do Polski na stałe a na domiar złego także do Sejmu na dwie trzy kadencje.

Oto jak można śmiertelnie wystraszyć panią Steinbach.

 

katolickaprasa1

Nasza lotna dziatwa

Prasa katolicka łże, kiedy mając srom na oku sroma się, że Polska ma mały przyrost naturalny. Nie musimy być ciągle brojlernią kelnerek dla całej Europy. W knajpach i w łóżku niech żyje samoobsługa.

To nieprawda, że Polki są dlatego słabo rozpłodowe, że brakuje (na razie) zakazu sprzedaży pigułek przeciwdzieciowych i prezerwatyw, zaś pastylki wczesno- i późnoporonne to dla chcącej nic trudnego. Prawda jest taka, że Polki jako osoby romantyczne (Mickiewicz itd.) oraz spontaniczne (Owsiak itd.) w chwilach seksualnych uniesień nie mają głowy do tego, żeby pomyśleć.

Kłamstwem też jest twierdzenie kaznodziejów i katodziennikarzy, że licznie dokonywane, pomimo że zdelegalizowane skrobanki to wynik uwiądu pobożności, który nie pozwala Polakom stawać się narodem wielkim jak Indonezyjczycy. Wzrost liczby aborcji nie wiąże się z obojętnością religijną, lecz ma inne podłoże myślowe i ekonomiczne: a) Polka i Polak martwią się po szkodzie; b) rozwój tanich i łatwych kredytów udzielanych także ubogim a nieostrożnym dziewczynom pozwala im odskrobać własną lekkomyślność. Wszakże to niezapobieganie porodom ogranicza liczebność narodu.

Wskaźniki demograficzne dlatego – moim zdaniem – nie zadowalają kleru, że znacząca część dzieci już urodzonych i ochrzczonych wypada z okien. Poprosiłem panią red. Malinę Błańską, żeby je pozbierała.

Nie są zbadane przyczyny licznego wylatywania dzieci przez okna. Można się ich tylko domyślać. Hipoteza I: religijność dziatwy od chwili poczęcia do takiej nienaturalnej śmierci. Każde ochrzczone maleństwo woli iść do nieba, zanim zacznie grzeszyć. Hipoteza II: dziatwa w Polsce szuka okna na świat. Hipoteza III, społeczna: dzieci rzucają się z okien po przyjrzeniu się swoim obrzydliwym rodzicom, babciom, ciotkom, ohydnym wnętrzom mieszkań, głupim dziecięcym programom w TV. A też skaczą z okna posłuchawszy przeciętnych rozmów rodzinnych, posmakowawszy papek dla niemowląt firmy Gerber oraz soczków z marchwi. Wszystko to razem wywołuje egzystencjalne zniechęcenie. Te hipotezy przyczyn wczesnego rzucania się z okien znajdują potwierdzenie, co prawda pośrednie. Statystyka wypadków w ogóle nie notuje wypadania dzieci z okien mieszkań parterowych. Gdyby odlatywanie dziatwy przez okno było przypadkowe, odbywałyby się także nieskuteczne, bezpieczne wypadnięcia z parteru.

Analiza skutków wypadania wskazuje, że inwestorzy przez chciwość budują zbyt niskie mieszkania. 3-letni Kamil z Jaworzna przez okno wyszedł naprzeciw mamie, która bawiła na zakupach. Po upadku z III piętra skarżył się tylko na kwiatki, na które spadł brzuszkiem. W Rybniku 6-letni Jacek wyszedł przez okno IV piętra nie łamiąc sobie nawet palca. Z IV także piętra hotelu robotniczego we Wrocławiu wypadło 3-letnie stworzenie płci męskiej leczone następnie w szpitalu z lekkiej odmy płuc. 2-letni Oskar ze Słupska leciał tylko z II piętra ale walnął głową w beton. Zdiagnozowano chwilowy wstrząs mózgu. Dziadek a zarazem ojciec dziecka w jednym nie mógł lotowi zapobiec, gdyż siedział w areszcie za seksualne współżywanie ze swoją córką – matką Oskara.

Oprócz niskich mieszkań bezpieczeństwo lotu dzieci zapewniają niekiedy nasze osiągnięcia cywilizacyjne. 7-letnia Kinga wypadła (lub rzuciła się) wraz z młodszym bratem z VII aż piętra kamienicy we Wrocławiu. Przeżyła dzięki zaczepieniu się w locie o antenę satelitarną TV.

We Wrocławiu matka 5-letniego chłopca zamknęła go w pokoju, a następnie spod bloku wołała go do siebie. Malec posłusznie skoczył z IV piętra i dalej cieszy się swoją mamą, że palce lizać. W Ełku 3-letni chłopiec przeżył upadek z IV piętra. Jak wiele innych dzieci przez okno opuszczał on swych pijanych opiekunów w tym przypadku dziadziusia z czterema promilami w starczych żyłach.

Z XI (jedenastego!) piętra wieżowca w Toruniu matka wyrzuciła przez okno 3-letniego Dawida i skoczyła w ślad za dzieckiem. Matka się zabiła, chłopiec żyje. Żaden to przypadek. Analiza około 100 takich losowo wybranych zdarzeń wskazuje na dwie reguły. Dzieci są bardziej elastyczne od dorosłych, bardziej miękko lądują. Po drugie niedozorowane dzieci pijanych opiekunów znacznie częściej przeżywają upadki z wielkich nawet wysokości niż potomstwo trzeźwych w danym momencie rodzin, które bachorów nie pilnuje z innych niż potrzeba organizmu przyczyn np. zostawia je same w domu lub zagapia się na telewizję. Zmarł np. 4-latek z Krakowa, który wypadł zaledwie z IV piętra wysławszy wcześniej trzeźwą babcię do sklepu po przysmaki. Gdyby babcia szła nawalona, miałby większe szanse przeżycia. Media narodowo-katolickie napominają pijanych rodziców, bo nie wiedzą, że ich alkoholizm jest dla dzieci zbawienny. Katonarododowcy nie pojmują również, że jeśli zgodnie ze zwierzęcą naturą ludzi ich powołaniem jest reprodukcja, to na trzeźwo nie osiąga się tego celu, gdyż kopulację musi poprzedzać napitek.

Niezależnie od wieku dzieci i trzeźwości opiekunów wypadanie z pierwszych dwóch pięter prawie nigdy nie powoduje śmierci lub kontuzji. Troska o przyrost naturalny powinna więc skłaniać do odpowiedniej polityki w mieszkalnictwie. Stadła ambitne mające za cel karierę, a nie rozrodczość, hodujące wiedzę i pieniądze zamiast dzieci, lokowane powinny być przez developerów na wyższych kondygnacjach, aby niższe rezerwować dla rozpłodowego materiału ludzkiego. Wysunięcie tej społecznej propozycji jest właśnie szczytnym celem niniejszej pracy autora.

Jednakże chronienie dzieci przez wylatywanie przez okna nie zaspokoi katolickich ambicji demograficznych. Jak słusznie wskazywał w „NIE” Piotr Gadzinowski, jeżeli naród polski koniecznie pragnie rozwijać się liczebnie (zresztą z ujmą dla jakości życia), są po temu inne sposoby niż płodność, zazwyczaj przecież niechcąca, biorąca się z brudu, pijaństwa, niedbalstwa lub zachodzenia dziewczyn w ciążę dla związania faceta ślubem, gdyż w welonie im do twarzy. Były poseł proponował imigrację do Polski milionów dorosłych Chińczyków, przyszłych skośnych członków narodu polskiego wnoszących do Rzeczpospolitej przedsiębiorczość, zdolności oraz talenty naukowe, muzyczne, ekonomiczne, filmowe, organizacyjne. W ogóle pracowitość i wyobraźnię.

Trzymając się tematu dodać tu należy, że zbadawszy chińską prasę red. Błańska ustaliła, iż chińskie dzieci w ogóle nie wylatują z okien. Widocznie będąc jeszcze niemowlętami rozumem już dorównują polskim dorosłym. W każdym razie tym którzy wyrabiają gazety i periodyki narodowo-katolickie bądź je czytają.