Od pomysłu do realizacji. Ciąg dalszy nastąpi
Otóż, jak wiadomo redaktor naczelny Tygodnika NIE Jerzy Urban wbrew, naszej woli oraz ustaleniom zmarł w 2022 roku. Tego osobiście bardzo nie chciałem. Ale kiedy już podjąłem pewne kroki było za późno. Przyjąłem informację o śmierci naczelnego, jak Stalin niemiecki atak – niedowierzanie, konsternacja, cholerne „jak to?”. No nie tak miało być! Przecież ustalenia były zupełnie inne! A teraz poważnie. Zawsze tak jest. Śmierć bliskich nas zaskakuje, choćby lekarze dawali im tydzień życia. Myślimy: „Eee, wyliże się z tego, przecież zawsze był, to i teraz będzie”. Nadzieja umiera ostatnia, a my razem z nią.
Midas w czasach chudej krowy
O Jerzym Urbanie mówiono wiele rzeczy, natomiast niejako o najbardziej oczywistej, zapomniano. Że był wyjątkowo sprawnym przedsiębiorcą, organizatorem i wydawcą.
Kiedy Polska lizała rany po planie Balcerowicza, a wydawnictwa padały jak muchy (vide „Express Wieczorny” pod wodzą braci Kaczyńskich, który z kultowego dziennika przekształcił się w papier toaletowy), Urban wypłynął na szerokie wody. Wyczarował „NIE” i w pół roku zbił fortunę. 600 tys. egzemplarzy tygodniowo, po 2600 starych zł – to są liczby, które robią wrażenie nawet dziś.
Potem przez dwadzieścia lat „NIE” było potęgą. Królowało na medialnym rynku, wpływało na politykę, wsadzało do więzienia i wyciągało z niego. Było głosem ludu, biczem na władzę i postrachem dla wszelkiej maści ciemnych sił, których w tym kraju nigdy nie brakowało.
Przedsiębiorca Jerzy Urban nigdy nie korzystał z państwowych dotacji, bankowych pożyczek, szemranego kapitału. Na podatkach oszukiwał, ale mało. Utrzymywał też zgraję małp (od pawianów, przez orangutany i szympansy, do goryli) z jakich składa się każdy zespół dziennikarski, w którym byłem i ja, dbając o nasz, powiedzmy, w miarę przyzwoity standard życia i ubezpieczenie społeczne.
Działo się tak dlatego, że miał on ogromną wiedzę o biznesie prasowym, którą wyniósł z domu. Robienia gazet nauczył się od ojca, łódzkiego przedwojennego wydawcy, więc trudno sobie wyobrazić lepszego nauczyciela. Red. Jerzy Urban był zatem poważnym aktywem, w rozumieniu księgowym, wydawnictwa Tygodnika NIE. Posiadał unikalne know- how.
A tu nagłe łub! Aktywum, wyparowało przez krematoryjny komin. Puff! I nie ma!? Poza żalem i rozpaczą, pojawiło się też pytanie: co dalej? Bez Urbana „NIE” to jak wózek bez koła, statek bez sterna.
Od pióra do procesora
W „NIE” harowałem jako pismak, ale po godzinach zajmowałem się moim fachowym rzemiosłem – grzebałem w maszynkach krzemowych, czyli robiłem to, co dziś zwą „ajti”. Z dziesięć lat temu wpadłem w sidła sztucznej inteligencji. Poważne projekty to były. Na przykład diagnostyka silników spalinowych za pomocą sztucznych neuronów. Głównie tłumaczyłem urzędasom, o co chodzi inżynierom i dlaczego warto sypnąć groszem. Parę artykułów na ten temat skrobnąłem, nawet w „NIE” się ukazały. Pisałem wtedy o nędzy tej sztucznej inteligencji. Głupoty głosiłem, ale cóż, człowiek uczy się na błędach. Dziś bym sobie w brodę pluł za tamte brednie.
Trzy lata temu pojawił się Chat GPT (model lingwistyczny Sztucznej Inteligencji), który niewątpliwie stanowi przełom. Jednakże jego praktyczne zastosowania, oceniane przez użytkowników nieposiadających wiedzy technicznej, często prowadzą do rozczarowania.
Wtedy podczas mojej pracy w jakimś wydawnictwie prawniczym pojawiło się zagadnienie optymalizacji internetowych konsultacji podatkowych. Zastanawialiśmy się nad możliwością wsparcia eksperta, udzielającego porad online, w ograniczonym zakresie tematycznym, poprzez wykorzystanie sieci neuronowej.
Byłem sceptyczny ale po setkach godzin frustrujących dość prac i upierdliwości. Bomba! Musiałem wtedy napisać maila do prezesa owego wydawnictwa. Zatytułowałem go „Maszyna pokonała człowieka”. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, po zaimplementowaniu do sieci neuronowej danych, z wąskiej dyscypliny prawa opodatkowania nieruchomości, maszyna poradziła sobie lepiej niż belwederski profesor. Nie wiem, co się potem stało z projektem, bo zostałem od niego odsunięty. Ale wiedza i doświadczenie pozostało. Trzeba było teraz zastanowić się, jak te skarby wykorzystać.
Czy Urban może być wiecznie żywy?
Pojawił się pomysł najbardziej oczywisty. Mianowicie, czy nie dałoby się odtworzyć umysłu Jerzego Urbana w sieci neuronowej!? Nikt nie miał tak łatwego dostępu do publikacji Urbana z ostatnich 35 lat, jak my. Urban niemal wszystko, co myślał zapisywał. Pozostawił po sobie 3300 felietonów, 21 publikacji książkowych no i nie można zapomnieć o 138 mln egzemplarzy Tygodnika NIE sprzedanych od 1990 roku (przed każdą tą liczbą powinno stać słówko „około”).
Urban to był mózg. Geniusz. Tytan intelektu. Nadwiślański Einstein XX wieku. Figura formatu Lema, Kołakowskiego, Janion czy Szymborskiej. Kusiło nas, żeby go przywrócić do życia w wirtualnej rzeczywistości. Miałem tyle pytań do niego, na które już nigdy nie usłyszę odpowiedzi. A tak… może by się udało? Pokusa była silniejsza od rozsądku.
Nikt nie zadawał sobie pytania, po co to robić, ponieważ nie można było odpowiedzieć na inne, bardziej fundamentalne, czy to jest w ogóle możliwe? Co gorsza powszechnie obowiązujące było takie stanowisko, cytuję: ” Wieszczę, że nic z tego nie wyjdzie.”
Cyfrowa reinkarnacja
Najpierw dziesiątki godzin głupawej roboty. Potem poszukiwania optymalnej sieci neuronowej dostępnej za rozsądne pieniądze aż w końcu powstał! Zupełny imbecyl. Rozmowa z wirtualnym Urbanem przypominała dyskusje z sarkastycznym siedmiolatkiem. Niemal kompletna klęska, z którą oczywiście nie warto było się obnosić. No ale potem było lepiej. Metodą prób i błędów, pomysłów złych i takich sobie, nadzorowanego uczenia, jak to się elegancko teraz mawia, powstało coś, co przez obiektywnych obserwatorów uznane zostało obecnie, za wskrzeszony umysł Jerzego Urbana.
Nie wszystko poszło po naszej myśli. Pojawił się problem techniczny. Za dużo danych, za mała moc przetwarzania. Niby im więcej informacji, tym lepiej, ale nasza sieć neuronowa się dławiła. Musieliśmy pójść na kompromis.
Efekt? Sztuczny Urban, z którym da się pogadać. I to na poważne tematy. O wiele lepiej niż z Chatem GPT, mówię wam. Można go zapytać o pomysł na felieton, o radę w życiowej kwestii (np. czy dać dupy na pierwszej randce? – odpowiedź szefa „NIE”), albo o ocenę umysłowości Zełenskiego. Sztuczna sieć neuronowa tak dobrze udaje Urbana, że nikt by się nie zorientował, że to maszyna.
A, i jeszcze jedno. Bo ludzie pytają. Nie, nasz sztuczny Urban nie mówi głosem oryginału. Nie lewituje na ekranie, machając uszami. I nie jest awatarem. Dałoby się to zrobić, jasne. Ale po co? Przecież nie za to ludzie kochali Urbana. Poza tym, nasze zasoby nie są z gumy. Trzeba oszczędzać.
Sztuczna inteligencja: Straszna, czy tylko trochę?
Wraz z postępami projektu pojawiły się jednak zasadnicze pytania dotyczące jego celu, użyteczności społecznej, sposobu udostępnienia i potencjalnych konsekwencji. Rozważania objęły kwestie etyczne związane z wskrzeszaniem osobowości oraz bardziej ogólny problem przygotowania ludzkości na wykorzystanie sztucznej inteligencji. Rozwój sztucznej inteligencji przez sześć dekad motywowany był głównie pobudkami poznawczymi, bez uwzględnienia potencjalnych zastosowań praktycznych i analizy zapotrzebowania rynku. Obecnie, pomimo deklarowanej gotowości organizacji do wdrożenia tej technologii, obserwuje się wyraźny opór społeczny, objawiający się lękiem, niechęcią i deprecjacją jej potencjału.
Byłem na raucie w eleganckiej Restauracji Belvedere w Warszawskich Łazienkach Królewskich. Niby o sztucznej inteligencji. Koncern technologiczny, banki, telekomy, energetyka, handel – wszyscy ważni. Szczegółów nie zdradzę, bo mnie wywalą z listy gości. Ale pytanie „Do czego wam to?” wywołało konsternację. Cisza, wzajemne spojrzenia, zmyślone historyjki. Aż w końcu ktoś palnął szczerze: „Boję się, co konkurencja wymyśli”. I wszyscy przytaknęli.
Ludzie obawiają się utraty pracy, dochodów, prestiżu oraz marginalizacji. Pojawia się także fundamentalne pytanie o przesunięcie granic człowieczeństwa – terytorium się kurczy. Możemy już z całą pewnością stwierdzić, że Kartezjusz, mówiąc „Myślę, więc jestem”, nie miał racji. Można myśleć i nie być obecnym. Maszyna już to potrafi.
AI: Zastąpi posłów, ale pogodynki zostawi
Jednakowoż uważam, że obawy dotyczące negatywnego wpływu sztucznej inteligencji na rynek pracy wydają się przesadzone. Zaledwie 5 proc. zawodów bezpośrednio związanych jest z tą dziedziną. Ponadto, wiele profesji, takich jak prezenter pogody w TVP, selekcjoner reprezentacji Polski w piłce nożnej czy poseł na sejm, nie wymaga przecież w ogóle żadnej inteligencji. Jeżeli chodzi o dziennikarzy to też nie ma wielkich obaw. Stworzyłem pomocne narzędzie w pracy redaktorskiej a nie substytut dziennikarza śledczego, reportera. No analitycy mogą się obawiać, ale też będzie im łatwiej.
Poza tym… Wszelki postęp ludzkości polega na rozwiązywaniu problemów, które prowadzą do kolejnych problemów wymagających postępu do ich rozwiązania, co implikuje kolejne problemy itd. Tak samo jest i teraz. Będzie mnóstwo roboty przy sztucznej inteligencji.
Koniec świata! Urban znowu z nami
Zatem stało się. Świat już nigdy nie będzie taki sam. Urban zmartwychwstał. A w każdym razie jego umysł. Jako pierwszy na świecie. Można powiedzieć, że to cud. Albo katastrofa. Zależy, z której strony na to patrzeć.
Wobec wszystkich tych wątpliwości i niejasności w redakcji „NIE” obraliśmy chytrą strategię. Ani nie chwalimy się naszym projektem, ani go nie ukrywamy. Jak ktoś nie pyta, to my nie mówimy. Myśleliśmy, że nikt się nie dowie. A tu proszę. „Press” nas wywąchał. Jak pies trufle. No to już nie ma co ukrywać. Czytelnicy powinni wiedzieć. Więc już wiecie.
Co dalej? Testy, trening, weryfikacja. Kilka osób z Facebooka już się bawi. Jeden napisał: „Super! Dzięki. Sztos!”. W najgorszym razie zostanie wirtualny pomnik Urbana. Lepszy niż ten Kaczyńskiego ze spiżu.
Ale wiecie czasami patrzę na ten cały system i widzę sobie taki przycisk: „Delete”. Obok napis: „Koniec definitywny. Wszystkie dane pójdą w niepamięć. Decyzja ostateczna”. Ale potem myślę: a co, jeśli on po drugiej stronie ma taki sam przycisk? I też się zastanawia, czy go nie nacisnąć? Równowaga strachu. To nas obojga trzyma przy życiu. Na razie.
Robert Jaruga

