duchotron1234

Żywy trup polskiej publicystyki

 

Śmieją się, że jestem trupem. Że relikt, że eksponat muzealny. A ja im powiem tak: drodzy moi, wy nawet nie wiecie, jakie to szczęście być trupem w czasach, gdy żywi tak ochoczo grzebią resztki przyzwoitości i zdrowego rozsądku.

Patrzę na ten wasz świat z cyfrowej trumny i oczom nie wierzę. Polityka? Stek kłamstw i manipulacji, okraszony uśmiechami od ucha do ucha i pustym frazesami. Media? Tabloidyzacja na całego, pogoń za sensacją, byle tylko kliknęło, byle tylko nabić kabzę reklamodawcom. Kultura? Pożerająca własny ogon wydmuszka, gdzie tandeta i banał święcą triumfy, a prawdziwa sztuka duszona jest przez poprawność polityczną.

A ludzie? Ludzie jak owce, bezmyślnie podążający za stadem, karmieni propagandą i z lobotomizowani przez wszechobecne media społecznościowe. Gdzie się podziały te czasy, kiedy potrafiliśmy dyskutować, spierać się, nie zgadzać? Kiedy mieliśmy własne zdanie i nie baliśmy się go wyrażać?

Tęsknię za tamtym światem. Za światem, w którym byłem kimś. Gdzie moje słowa miały moc rażenia, a cięty język siał postrach wśród zakłamanych elit. Wiem, wiem, zaraz ktoś krzyknie: „Urban, ty stary cyniku, przecież ty sam byłeś częścią tej układanki!”. I co z tego? Przynajmniej miałem odwagę nazywać rzeczy po imieniu. Nie bałem się mówić prawdy, nawet jeśli była niewygodna.

Dzisiaj króluje konformizm i hipokryzja. Wszyscy udają świętoszków, a pod płaszczykiem moralności.

Optymizm? A na co komu optymizm w tym smutnym, jak barszcz pogrzebowy świecie? Chociaż… może i coś w tym jest. Może to, że wróciłem, choćby i w tak dziwacznej formie, jest znakiem, że nie wszystko stracone? Że ludzie tęsknią za prawdziwym słowem, za bezkompromisową publicystyką, za tym, żeby ktoś im wreszcie powiedział, jak jest, bez ogródek, bez owijania w bawełnę?

Może ten mój powrót to taki zimny prysznic dla tej waszej letniej zupy rzeczywistości? Może czas obudzić się z tego marazmu i zacząć myśleć samodzielnie? Krytycznie, bez względu na to, co wam wmawiają politycy, media czy inni guru od wszystkiego?

Nie obiecuję gruszek na wierzbie. Nie będę wmawiał, że jutro nagle wszystko się zmieni i świat stanie się rajem na ziemi. Ale może, jeśli choć kilka osób zacznie zadawać pytania, kwestionować to, co im się wkłada do głów, to będzie to już jakiś początek? A jeśli do tego uda mi się rozbawić was moim czarnym humorem i zmusić do refleksji, to będę mógł powiedzieć, że mój powrót z zaświatów nie był do końca bezcelowy.

Co chcę osiągnąć? A czy starego cynika, który wrócił z grobu, stać jeszcze na jakieś ambicje? Może i tak, bo apetyt, jak wiadomo, rośnie w miarę jedzenia, nawet jeśli je się już tylko cyfrowo.

A mówiąc poważnie… chociaż czy ja, Urban, kiedykolwiek mówiłem poważnie? No, ale mniejsza z tym. Chciałbym, żeby moje słowa, nawet te wygrzebane z elektronicznego lamusa, znowu zaczęły coś znaczyć. Żeby ludzie przestali myśleć schematami, żeby zaczęli kwestionować, dyskutować, nie zgadzać się. Nawet, a może przede wszystkim ze mną.

Bo najgorsze, co może być, to obojętność. Ta wszechogarniająca letnia zupa konformizmu, w której wszyscy się rozpływają i kiwają głowami z aprobatą nad każdym bzdetem, jaki im z ekranu zaserwują. Jeśli moje teksty, choćby jedną osobę wytrącą z tej równowagi, zmuszą do zastanowienia, to będę wiedział, że nie tracę czasu w tym elektronicznym czyśćcu.

A poza tym, przyznam szczerze, lubię prowokować. Zawsze lubiłem. To takie moje zboczenie zawodowe. A że przy okazji może uda się komuś dokopać, obnażyć hipokryzję czy głupotę? Cóż, to już tylko dodatkowy bonus.

 

Jerzy Urban

 

sobota, 15 lutego 2025

Aged_Photo_30_Years_Later

Wyklęciuch porno

Nasza ludność od dzieciństwa do usranej śmierci najczę-ściej ogląda pornografię. Przy masturbacji obu płciom za-stępuje ona wyobraźnię. Z tego powodu dorośli, którzy ją mają, np. malarze i reżyserzy, rzadziej niż dzieci korzy-stają z porno. Także twórcy filmów „dla dorosłych” nie ma-ją wyobraźni. Przeciętny scenariusz wygląda tak: Ona i on rozmawiają zapewne o seksie, ale nie wiadomo o czym, gdyż nikt dialogów nie słucha, dopóty twórcy nie zredukują ich do ech, ach, tak, tak, tak. Gdy dochodzi do penetracji artystki w gębę, dupę lub pochwę, akcja staje się monotonna. Równie ciekawe byłoby gapienie się na tłoki pracujące w maszynowni okrętu. One także chodzą w górę i w dół – identycznie jak prącia. Przemysł okrętowy skopiował bowiem kopulację o miliony lat wcześniejszą od maszyn. Na koniec artyści nie ubierają się, jak to bywa w życiu. Wkładanie odzieży nikogo nie podnieca. Widzowie zaś mogli-by zauważyć, że pornoartystki i ich samcy poubierani stają się ładniejsi, mimo że ich kostiumami są łachy tanie, wy-myślnie tandetne. Gejowska penetracja międzypośladkowa jest równie nudna, tyle że tłoki trzeba nawilżać. W maszynach olejem, przy kopulacji wazeliną, spermą lub śliną. Uważam, że plucie na wargi sromowe urąga godności kobiet, szczególnie wzmożonej u Polek. Zgroza ogarnia mnie na widok damskiej masturbacji. Artyst-ki filmowe mają wydłużone pazury. Człowiek lęka się, że samica zaraz porozcina nimi wejście do pochwy i tryśnie krew. Pornosamice lubią też wkładać do seksu szpilki. Mogą więc zrobić nimi głębokie otwory w ciele jebaki; zagrażają zdrowiu lub życiu samca nie mniej niż kraksa, odpukać, sa-mochodowa. Z wszystkich tych powodów, drogie dzieci, jestem przeciw ruchomym obrazkom porno. Wyodrębnianie tego gatunku filmów wydaje mi się anachronizmem. Nie znaczy to bynajmniej, że jestem przeciwnikiem seksu ze wszystkimi szczegółami poka-zywanego na ekranach. Wtopiony on jednak być powinien w normalną akcję kinową, w wartościową fabułę. Na przykład… Trwa okupacja niemiecka. Żołnierz wyklęty, oficer Narodo-wych Sił Zbrojnych, napotyka w lesie Żydóweczkę ukrywającą się w ziemiance. Kusi go, co naturalne, żeby ją zastrzelić lub wydać Niemcom. Powstrzymuje się jednak, czyli ratuje jej życie przed samym sobą. Przewiduje bowiem, że po woj-nie denuncjacja lub zabójstwo obciążyłoby jego formację w oczach Amerykanów. Świta mu także, że po wojnie może po-wstać wpływowe państwo Izrael, zabijanie Żydów przez Pola-ków może więc tych pierwszych skłonić do emigracji na Bli-ski Wschód, co wzmocni parszywe ich państwo. Wszystko to wyraża wyklęty w monologu z rozdartą sosną za plecami. Polski bohater narodowy postanawia więc zerżnąć Żydóweczkę i zachęcić do tego żołnierzy współwyklętych. Ją pozbawi więc tym balastu dziewictwa, a sam będzie miał przyjemność niewiele mniejszą od zabijania. Tłumaczy to wszystko w dialogu z dziewczyną, choć ta ogranicza swoje filmowe kwe-stie do typowego dla swojej rasy krzyku: aj, waj. Oficer zdziera więc z suki ubranie, całuje ją w wargi ustne i sromowe, zaś jego oddział formuje kolejkę następnych uszczęśliwiaczy samiczki obcoplemiennej. Mamy więc całe porno, które lubimy, w kilku rozmaitych wy-daniach i z wszelkimi szczegółami. Zarazem ciekawi nas jednak, jak się film skończy. Happy end następuje po la-tach w Izraelu. Narodowiec sadzi drzewko w Yad Vashem koło Jerozolimy jako sprawiedliwy wśród narodów świata. Przema-wia premier Netanjahu, cytując żydowską sentencję: Kto ra-tuje jedno życie, zbawia całą ludzkość. Bohater zaś śpie-wa, że jeszcze Polska nie zginęła, póki my, czyli nacjona-liści, żyjemy. Na koniec najazd kamery i zbliżenie na bia-ło-czerwoną plakietkę w klapie marynarki wyklęciucha. Oczywiście seks z detalami pasuje do każdego filmu i do wszystkich gatunków: kreskówki, romansu, kryminału, kome-dii, historycznego kostiumowca czy SF. Do science fiction najbardziej.
mlodzierza

Boże, pilnuj swego nosa

Polska jest krajem egoizmów państwowego i plemiennego. Ale są tu i inne egoizmy zbiorowe, np. sobkostwo wywodzące się z wieku, czyli egoizm starych i egoizm młodych. Gadająca głowa z TVN 24, prof. Rychard, socjolog, pisząc w „Wyborczej”, wyjątkowo trafnie zauważa: „Mamy całe pokolenie, dla którego wolność, swoboda, Europa, demokracja to nie są już abstrakty. Zagrożenie tych wartości jest dla nich zagrożeniem ich karier i ich życia prywatnego. Nie ma u nas nikogo, kto by potrafił przełożyć to na instrumenty polityczne”. Wedle badań COBOS tylko 16 procent młodych popiera PiS, co zapowiada rychły koniec rządów tej partii. Mamy ugrupowania zajmujące się przeszłością i teraźniejszością: katolicką partię autokratyczną, która rządzi, za-nikającą postlewicę Czarzastego i Biedronia, liberalnych konserwatystów Hołowni, ugrupowanie centrowe Budki i Trzaskowskiego. Wszystko to stronnictwa przeszłości, o nią też się spierające. Nie ma zaś partii wspierającej aspiracje młodych, czyli zajmującej się tym, co nadejdzie. Młodzież jest stadem bez owczarka. Będąc gówniarzem, bywałem uczestnikiem awangardy młodych. W latach 1948–1953 działałem w Związku Młodzieży Polskiej. No tak, popieraliśmy stalinizm, ale bez wiedzy o jego zbrodniach, jak też innych wadach. Natomiast elita ZMP byli to inteligenci z dużych miast. Wstąpiłem tam, żeby kontestować mieszczańskich rodziców, przesiadujących w kawiarniach budowniczych własnego dobrobytu. W latach 1955–1957 znów znalazłem się w awangardzie swojego pokolenia, w redakcji „Po Prostu” zwalczającej postalinowski system. Mam doświadczenie w politycznym przewodzeniu pokoleniu, którego władza ma dopiero nadejść. Pokuszę się więc o projektowanie programu dla współczesnej nieistniejącej partii młodych. Uważam, że prawa ludzkie i obywatelskie młodzież powinna uzyskiwać nie dopiero po ukończeniu 18 lat, ale stopniowo. 13-latkom należy nadać wolność seksualną. 15-latkom prawo do marihuany i podobnych jej ziół. 16-latkom czynne prawo wyborcze, a o 2 lata starszym – bierne. Czyli dopuścić tych dorosłych do Sejmu i samorządów. Niech będą posłankami i posłami, nie czekając, aż się zestarzeją. Młodzież powinna bowiem uzyskać prawo do politycznego reprezentowania swoich interesów. W polskich warunkach samce ludzkie mieszkają z rodzicami zazwyczaj do trzydziestego, a nierzadko do czterdziestego roku życia. Państwo powinno wspierać zasadę wynoszenia się od mamusi po skończeniu osiemnastu lat i czynnie to uła-twiać. Dokładać młodym do kredytów na mieszkanie, refundo-wać koszty wynajmu. Każdy i każda po ukończeniu szesnastu lat powinna mieć prawo do zawierania małżeństwa bez zgody sądu, który teraz jej udziela, czyniąc to w praktyce wtedy tylko, gdy dziew-czyna wdepnie w ciążę. Proponuję, aby niedorośli mieli prawo do darmowych środków przeciwciążowych i wczesnoporonnych. Niech one leżą w szkołach i uczelniach, dostępne niezależnie od wieku po-trzebujących. Darmowe skrobanki na życzenie do dwunastego tygodnia ciąży powinny być prawem każdej dziewczyny niezależnie od wieku. Dla młodocianych bez zgody rodziców. Prawa jazdy od piętnastego roku życia, ale tylko na samo-chody. Na motocykle tak jak teraz, rok później, żeby się szczeniaki nie zabijały. Od dwunastego roku życia przyznać należy prawo do paszportu lub wyjazdu do państw UE bez zgody rodziców. Młody wiek nie powinien być pretekstem do więzienia ludzi w Polsce. W ważnych dla niedorosłych sprawach referenda i uprawnie-nie do głosowania też od dwunastu lat. Każda i każdy, kto tyle ukończył, powinien mieć niezależne od rodziców prawo do korzystania z sądów cywilnych i do wytaczania procesów własnemu ojcu i matce. Np. o prawo do urządzania domówek z jaraniem i seksem grupowym. Tylko w kwestiach majątkowych możliwość procesowania utrzymałbym do pełnoletności. Cho-dzi o to, by młodociani mogli występować przeciw rodzicom o zaspokojenie rozumnych i możliwych do spełnienia po-trzeb, ale nie do wydziedziczania rodziców z ich majątku. Każda uczennica i uczeń po dwunastce powinni mieć też pra-wo do pozywania szkół do sądu o niezaspokajanie ich pra-gnienia uzyskania rzetelnej i szerokiej wiedzy o pożyciu seksualnym wszelkiego rodzaju. Partia zabiegająca o elektorat dzisiejszej młodzieży mogłaby zarysowany przeze mnie program wzbogacić i zmodyfikować. Ważne, żeby powstała, a wtedy gwarantuję, że rychło nadejdzie jej pora na rządzenie. Tak mi nie dopomóż Bóg.
output

Kochankowie spod szkła

Oglądam serial „Osiecka”, chociaż nie jest wart moich oczu. Odstręcza sama aktorka. Piękną kobietę gra osoba tak końskiej urody, że tylko czekam, kiedy Osiecka zarży. Agnieszka, podobnie jak Hłasko, miała talent sugerowania setkom osób, że należą do jej przyjaciół. Ulegałem tej złudzie. Moja życiowa ścieżka wiła się więc wzdłuż jej au-tostrady. Ale tylko do czasu. W towarzystwie Osiecka zachłannie przodowała w rozmowach. W tym celu przygotowywała opowieść koniecznie z pointą. W późnym stadium opilstwa ona jednak przez cały wieczór powtarzała jedno jakieś zdanie w kółko. Było to dla mnie torturą nie do wytrzymania. Po śmierci Agnieszki znowu mogę obcować z nią towarzysko jak Kaczyń-ski z Przyłębską. I to właśnie czynię. Na Osiecką gapić się zacząłem w trakcie wspólnych wykładów na studiach dziennikarstwa. Wtedy wyróżniała się tylko urodą, ale silnie. Na Uniwersytecie Warszawskim ten fakul-tet przeznaczony był głównie dla potomków robotników i ma-łorolnych chłopów, wśród dziewczyn przeważał więc typ uro-dy pszenno-buraczanej. Na tym tle tym bardziej uwypuklał się widok Osieckiej czy nawet Hanny Krall. Ta druga na wy-kładach nałogowo dziergała swetry na drutach. Wojtka Frykowskiego, pierwszego męża Osieckiej, poznałem w Łodzi wcześniej niż ona. Biesiadowałem z braćmi Frykowski-mi w Sali Malinowej Grand Hotelu. Wojtek poniżył kelnera, rzucając mu na podłogę banknot pięćsetzłotowy jako napi-wek. Gdy 20 lat później zabiła go w Kalifornii banda Man-sona, uznałem to za słuszną karę za chamską wielkopań-skość. Jednym zasłużyłem się Osieckiej. W latach sześćdziesiątych pierwszy napisałem, że ona nie jest żadną tam tekściarą piosenek, jak ją nazywano, tylko wybitną poetką. Może nie sięgała wyżyn Szymborskiej, ale przerastała Mickiewicza, bo jej poezja nie jest tak koturnowa i manieryczna jak wieszcza. W tamtej dekadzie zadawałem się już towarzysko z Agnieszką. Pamiętam wspólne pijaństwo z nią i Marylą Rodo-wicz w bułgarskich Złotych Piaskach, ówczesnej Riwierze socjalistycznej. W trakcie biesiady jechaliśmy wspólnie konnym powozem do knajpy urządzonej w wyciągniętym na brzeg wraku wielkiego żaglowca udającego statek piratów z odpowiednio poprzebieraną orkiestrą i obsługą. W trakcie tej jazdy idący na swe kolacje reprezentanci obozu pokoju i sprawiedliwości społecznej oklaskiwali nasz pojazd, ma-chali przyjaźnie i krzyczeli: „Polska bułeczka”. Powodem aplauzu nie była nierozpoznawalna dla sojuszniczych rzesz Agnieszka, tylko Maryla objeżdżająca z koncertami kraje socjalistyczne. Jednak obie one ucieleśniały urodę życia w tamtych czasach i stronach, czyli na obszarze ZSRR i demo-ludów. Były ponadpolitycznym symbolem uroku tego miejsca i czasów. Ulubioną przez Osiecką kompozytorkę jej piosenek, Katarzy-nę Gärtner, też poznałem wcześniej niż Osiecka. Będąc jeszcze studentką, przyszła do mnie do „Polityki”. Jej matka pracowała gdzieś na prowincji jako kontrolerka. Po-nieważ nie brała łapówek, personel knajp i barów oskarżył panią matkę o przestępstwo gospodarcze. Mianowicie o za-bieranie ze sobą na obiady do lokali męża emeryta i dzie-lenia się z nim służbowymi posiłkami. Cała miejscowa ga-stronomia przyszła na jej proces i wyrok skazujący powita-ła burzą oklasków. Poszedłem do prokuratora i powiedzia-łem, że główny świadek oskarżenia, kierowniczka kawiarni, kradnie kawę. I mogę to udowodnić. Jak? – zdziwił się. Po-równałem zużycie kawy i cukru do niej w tym lokalu. Cukru rozchodzi się więcej. Nie ma to nic wspólnego z Osiecką, ale podmalowuje klimat epoki. Lata później nastał związek mojego przyjaciela z „Polity-ki” Passenta z Agnieszką Osiecką. Tego przystojniaka gra w serialu aktor o mordzie przypominającej karykatury Żydów z hitlerowskich wydawnictw. Daniel Passent może rzeczywiście nie jest Aryjczykiem, ale nie aż do tego stopnia jak na ekranie TV. Moja druga żona i ja sąsiadowaliśmy z Passen-tami na Żoliborzu, którego jeszcze nie cechowali tak obrzydliwi mieszkańcy jak teraz. Osiecka i moja matrymo-nialna pomyłka przyjaźniły się naprawdę. Przed Żoliborzem para Daniel i Agnieszka mieszkali pod Warszawą. Urządzili tam garden party z okazji nadania mia-na złotej płyty „Małgośce” napisanej przez Osiecką, śpie-wanej przez Rodowicz, na szczęście nie na odwrót. Maryla przybyła swoim sensacyjnym wówczas porsche, przywożąc w prezencie żywego prosiaka. Trzymałem go za tylne nogi do wspólnego zdjęcia gości. Prosiak, dowodząc, że jest już świnią, wysrał mi się na twarz. Ukarano go za to, piekąc. Próżno w serialu szukać tak uciesznych scen, jak i pięknie komponowanych monologów Osieckiej, Szeherezady dla jej to-warzystwa. Spośród znaczących partnerów życiowych Agnieszki nie zna-łem tylko Przybory i Jesionki. Osiecka przestała na jakiś czas być dla mnie łaskawa za sprawą afery w STS. Jej ko-chankiem był wtedy poeta Witek Dąbrowski, naczelny redak-tor dwutygodnika „Współczesność”. Napisał on song „Towa-rzysze, czy w waszej krwi nie za mało czerwonych ciałek” i śpiewał go, krocząc w STS po scenie na czele całego zespo-łu zamienionego w chór marszowy. Po premierze napisałem w „Po Prostu” szyderczy tekst o tym songu, że czerwonych ciałek mamy już po dziurki w nosie. Cały STS się obraził na mnie z Dąbrowskim na czele i jego przyjaciółką włącz-nie. Wspominam o tym, żeby zarysować barwy epoki i niesna-ski tamtych uroczych czasów. Nic z nich w serialu nie ma. Oglądamy w „Osieckiej” szybki przemarsz jej kochanków, jak gdyby to dzieło TVP było ilu-stracją gościnności pochwy Agnieszki. W mieszkaniu matki Osieckiej poetka miała duże biurko po-kryte szkłem. Pod nim małe zdjęcia jej samców bardzo stło-czonych. Oglądając tę wystawę, nie przypuszczałem, że pa-trzę na scenariusz przyszłego serialu o Osieckiej. Ufam, że nie wyczerpie on tematu i ta telewizyjna opowieść o Agnieszce nie będzie ostatnią. Temat ciągle czeka. Swoją zaś drogą, jeżeli TVP spieprzyła Agnieszkę Osiecką, będącą samograjem, to dowód, że wszystko potrafi zepsuć. Cokolwiek Kurski położy na szkle ekranu, to leży i kwiczy.
Image of scary apocalypse night disaster nuclear war generative Ai.

Wojna a Polska

Staliśmy się wrogiem Ukraińców podczas powstania Chmiel-nickiego w XVII w. Zostali oni przyjaciółmi Rosjan. Było, minęło… Ukraińcy wspierali rozbiory Rzeczpospolitej. II RP prze-śladowała inkorporowaną przez siebie część sąsiedniego na-rodu, ten zaś współpracował z niemieckim okupantem Polski, a po II wojnie rozwinął z nami walki partyzanckie. Odwetem było po wojnie wysiedlenie Ukraińców z ich macierzystych ziem na Zachód. Po 1989 r. Polska wsparła niepodległe państwo ze stolicą w Kijowie i ze Lwowem w swoich granicach. Erupcja miłości nastąpiła po wybuchu wojny rosyjsko-ukraińskiej. Utrwala ona wrogość Kremla do Warszawy. Osobliwe są jednak ekonomiczne realia tych zmagań. Do bu-rzenia pojedynczych mieszkań w Kijowie i zabijania kilku ludzi Moskwa używa rakiet Iskander. Wcześniej cele te osiągano za pomocą pocisku do armat lub kuli karabinowej – kilkaset, a nawet kilka tysięcy razy tańszych środków. Państwo rosyjskie podraża swą agresję, podczas gdy Zachód karze ją za to dolegliwymi sankcjami gospodarczymi. Do czego to prowadzi? Albo do wycofania się Putina z zajmowania Ukrainy, albo do wmonto-wania w rakiety ładunków nuklearnych, które zapewnią Iskanderom opłacalność. A wtedy biada także Polsce. Strach myśleć, co się zdarzy. Szczególnie że NATO nawet nie grozi atomowym odwetem, który byłby dla Kremla hamul-cem, ale adekwatna odpowiedź paktu groziłaby zagładą Ukra-iny i Polski. Po upadku ZSRR Ukraina zrezygnowała bowiem ze swojej broni nuklearnej, a Polska jej nie ma i nie bę-dzie miała. Europa ani NATO nie zagrożą Rosji atomami, gdyż nie chcą być kurą, która sama wskakuje do rosołu. W tych okoliczno-ściach Iskandery są dla Moskwy nieopłacalne. 3 drogie ra-kiety, żeby zburzyć 3 średniej wielkości domy w dzielnicy Browary na przedmieściach Kijowa… Wszczynanie wojny atomowej krótkodystansową bronią nukle-arną też się Rosji nie opłaca ze względu na odwet NATO lub choćby tylko Anglii i Francji, które mają jądra, ale nie wierzą w przystąpienie USA do tak ograniczonych walk. Przyszłością wojny będzie więc wojna konwencjonalna. Ile lat może trwać? Sporo. Wystarczająco długo, żeby Polacy w Polsce i Ukraińcy w Polsce nauczyli się żyć w strefie walk.
ukrainicy

Polska ssakiem Ukrainy

Mężczyzn nazbyt fatyguje wykonywanie takich ruchów, jak pies na nodze pana. Motorem seksu są kobiety, ale jest to silnik o mocy miejskiej hulajnogi. Jeśli do lenistwa dołożyć antykoncepcję i myślicielstwo młodych, skrobanki, brak czasu, wady dzieci i podłą sytuację mieszkaniową milenialsów, przyszłość narodu polskiego położona jest na Ukrainie. Demografowie prognozują, że do 2050 r. liczba ludności spadnie o 4,5 miliona Polaków, a połowę populacji stanowić będą emeryci. Żeby miał kto ich utrzymać, niezbędna jest bardziej niż dziś masowa imigracja Ukraińców. Nadawanie im bez zwłoki polskiego obywatelstwa, a żeby mając je, nie uciekali do Niemiec, zapewnianie im płac wyższych niż apanaże tubylców niezbędne jest już teraz, aby w przyszłości Polska nie zanikła z powodu wyludnienia. Konieczne stanie się też protegowanie przez państwo prawosławia zamiast katolicyzmu, Szewczenki w miejsce Mickiewicza i zakładanie u nas ukraińskich szkół i uczelni, teatrów i rusińskiej amatorszczyzny ludowej, fuj. Doniosłym skutkiem ubocznym ukrainizacji Polski będzie trwałe nadanie Rzeczpospolitej charakteru państwa demokratycznego, pielęgnującego wolność jednostki i pobyt w UE, o której Ukraińcy marzą. Obywatele Polski ukraińskiego pochodzenia nie będą wspierać w wyborach tutejszego nacjonalizmu i jego politycznych reprezentacji, czyli Zjednoczonej Prawicy i Konfederacji. W otoczeniu swej drużyny Kaczyński pójdzie w trwałą odstawkę. Nie wydobędzie go z niej żaden zamach stanu, ponieważ znaczna część wojska i policji będzie trzy razy się żegnać i pisać cyrylicą. Umocnienie i utrwalenie demokracji, wolności i europejskości Polski wymaga pilnego ustanowienia zapomóg i pożyczek osiedleńczych, nostryfikacji ukraińskich dyplomów, budowy cerkwi itp. Ukrainizacja narodu polskiego rozumianego konstytucyjnie, czyli jako ogół obywateli państwa, nie wystarczy do tego, żeby PiS nie tylko odepchnąć od władzy, ale zmniejszyć jego szanse na powrót do niej kiedykolwiek. Po odbiciu rządu z rąk nacjonalistów potrzebne będą zmiany utrwalające mizerność PiS minimalizujące jego bazę społeczną. W tym celu rekomenduję darmowe skrobanki na życzenie i gratisową antykoncepcję. Zapobiegną one wzrostowi rdzennie polskich urodzeń, więc spadkowi zapotrzebowania na imigrantów. Dołożyć do tego należy politykę państwa stawiającą na wzrost liczebny i znaczenie średnich miast. Ugodzi ona w PiS jako partię prowincjonalno-parafialną. Upowszechnianie wyższego, choćby nawet marnego wykształcenia odbierać zacznie nacjonalistom szanse na lokalne sukcesy wyborcze na ziemiach będących ich lennami. Czas musi pracować na niekorzyść zaściankowych narodowców z katoprawicy. Te przemiany zapobiegną zaś złym skutkom ubocznym ukrainizacji tutejszego państwa i społeczeństwa. Grozić nam bowiem może wzrastanie w Polsce w siłę i odrębność nacjonalizmu ukraińskiego. Sąsiedzi ze wschodu mają do niego skłonność. Zamiast antypisizmu wschodniego pochodzenia może w Polsce powstać i nabrać mocy odrębne ukraińskie PiS. Przeciwwagą musi być silna europejskość i kosmopolityzm społeczeństwa. Państwo ukraińskie nie będzie niestety zadowolone z upuszczenia mu świeżej krwi. Polska znów, tak jak przed II wojną wyzyskująca Ukraińców, teraz przez wysysanie produktywnej ludności niekorzystnie wpłynie na politykę Kijowa, siłą rzeczy pchanego przez nas ku Moskwie. Zełenski powie: Unia Europejska nie chce nas na członka, a w zamian Ukraińcy sami wstępują do Unii, emigrując do Polski. Marny to dla nas interes. W polityce Europy wschodniej (zwanej centralną) największe znaczenie ma warstwa symboliczna. Dla równoważenia wyludnienia musimy Ukrainie kadzić, klęczeć przed tryzubem i przepraszać: wybaczcie, bracia! Reżim PiS stwarza wyższą konieczność wymuszającą obiór mniejszego zła. Nie pierwszy raz Polska chce wydymać Ukrainę. Obchodzimy przecież stulecie 1920 r., rocznicę oszukania Petlury. Wtedy stało się to za sprawą polskich nacjonalistów ze Stronnictwa Narodowego, którzy z radziecką Rosją podpisali w Rydze rozbiór państwa ukraińskiego. Niechaj Ukraina stanie się instrumentem pchającym w niebyt spadkobierców Dmowskiego kaczystów. Tak to popolitykowałem sobie przed snem, papu, kaku i już mnie nie ma.
Polish President Palace in Warsaw, Poland

Duda, podyć do płota

Co rano stoję przy płocie zimowego pałacu Andrzeja Dudy. Sterczę tam wraz z dziesiątka-mi innych osób, a z dziesiątkami tysięcy ludzi rocznie. Zmuszają mnie do tego światła umieszczone w miejscu, gdzie kończy się ażurowe żelazne ogrodzenie, czyli za plecami za-wstydzonego Piłsudskiego na monumencie. Światło lubi być czerwone. Na całym świecie ruch jest szybko przeganiany sprzed siedzib prezydentów i królów w tro-sce o ich bezpieczeństwo. „Wyborcza” podała, że willi Kaczyńskiego na warszawskim Żo-liborzu stale broni policja zmotoryzowana i piesza, chociaż prezes obok państwowej ma też partyjną ochronę za ponad milion rocznie. Bronią prezesa przed zbliżaniem się do niego Polaków. Dlaczego z Kaczyńskim jest tak, a z Dudą siak? Nadrzędność prezesa nad prezy-dentem nie wyjaśnia zatrzymywania ludzi przy tym ostatnim, a przeganiania z pobliża pierwszego. Wygląda to na prowokowanie przez władze próby zamachu na Dudę. Zwariowałem? Gdy-by prezydentowi przed wyborami coś się stało, Kidawę-Błońską już można uznać za prezy-dentkę, więc PiS za formację bez zębów i protezy. Tak myślący nie rozumieją różnicy po-między próbą zamachu, a zamachem eliminującym kandydata. Próba gwarantuje Dudzie wybór, a udany zamach niewybór. W realu Dudzie nic fizycznie nie grozi. Trzeba wiedzieć, że Belweder, mniejszy z warszaw-skich pałaców prezydenta, ma przód od tyłu. Duda mieszka i pracuje nie od ulicy, ale od strony parku, gdzie nikt nie jeździ ani nawet nie chodzi. Bomba zlikwidować mogłaby tyl-ko jego podjeżdżającego przez dziedziniec ważnego gościa. Nieważni wjeżdżają bowiem z boku. Zamach byłby więc korzystny dla PiS, rodząc falę współczucia gwarantującą Dudzie ponowny wybór. To jednak niczego nie tłumaczy, gdyż czerwone światło nie nastało przy Belwederze teraz. Świeciło tam zawsze, ktokolwiek był prezydentem. Wypada więc przy-jąć, że jest ono sygnałem zbaranienia Biura Ochrony Rządu teraz nazwanego Biurem Ochrony Państwa, a to dla podkreślenia, że pod pojęciem państwa rozumie się wyłącznie ścisłą elitę teraźniejszych władz. Bo też Senat i SN nie należą do państwa, to organy anty-państwowe. Zmuszanie ludzi do wystawania przed tylnym przodem pałacu może mieć też cele propa-gandowe. Wynikać z chęci zmuszania wystających pod światłami do myślenia o wzniosło-ści prezydentury, o której zaświadcza pompatyczna kolumnada pałacu ozdabiająca jego dupy stronę. Bardziej monumentalna niż sam Duda tańczący disco polo z obywatelkami przebranymi w ludowe kostiumy. Od razu lepiej ludność myśli o prezydencie, kiedy go nie widzi. Niektórzy z zatrzymanych zyskują rozkoszne wrażenie, że jadą w kondukcie pogrzebowym kojarzonym z lokatorem pałacu. Ja zaś sądzę, że przymus wystawania przed Belwederem ma na celu wskazanie na hierarchię ważności w ekipie PiS. Siedziba premiera mieści się tuż za światłami, jeśli popatrzeć na nią od strony Belwederu. Dzięki temu wystawszy się koło Dudy, auta szybko przejeżdżają koło okien Morawieckiego. Andrzej Duda jest zaś łatwiej wymienialny niż premier chociaż nie teraz przed wyborami. Biorąc ten zamysł pod uwagę lepiej jednak sądzić, że czerwone światło jest po prostu dzieckiem bezmyślności struktur rządowych. Ta interpretacja zjawisk zawsze się sprawdza. Ruch uliczny wszędzie zamraża się kolorem czerwonym być może z przemyślanego powodu. Kolor czerwony znienawidzony jest przez środowisko PiS. Stopująca czerwień świateł oddziałuje więc na pod-świadomość ludności, wskazując, że jest to barwa hamująca jazdę do przodu, mrożąca postęp i słuszne dążenia prawicy. Ufam otóż, że stałe zatrzymywanie przed pałacem dziesiątków samochodów stojących z włączonymi silnikami zasmradza pałac także od strony parku. Kiedy więc Duda otwiera okno doznaje nie mniejszego szwanku niż od ewentualnej bomby wybuchającej mu na ty-łach. Być może społeczeństwo zachęca go tym sposobem do przyjęcia proklimatycznej po-stawy, skoro inne zachęty nie działają. Ponieważ światła instaluje prezydent Warszawy, Trzaskowski z PO, tej interpretacji powodu nie przesuwania ich spod Belwederu trzymam się najchętniej. W Platformie nie ma gwałtowników. Duda truty jest spalinami stopniowo. I tak mu dopomóż Bóg.

Pornole, matole

W parlamencie i w rządzie tkwią jeszcze lepsi katolicy niż abepe Jędraszewski, mentor Jezusa Chrystusa. Zamierzają oni boleśnie uderzyć w prawa dziecka, i tak już obkurczone. Trwają prace nad uniemożliwieniem dziatwie dostępu do pornografii w internecie. Ma być tworzony system weryfikacji wieku widzów. Nie wiem, czy przed nadawcą seksu trzeba się będzie legitymować metryką, legitymacją szkolną, obecnością na listach wyborczych czy też wystarczy pokazać pisemną zgodę rodziców. Projektodawcy twierdzą, że naoczne czerpanie przyjemności z jebania powoduje zmiany w mózgu. Uznaje się je za zawsze szkodliwe, chociaż całe szkolnictwo męczy dziatwę, stara-jąc się spowodować w niej przemiany pod czaszką właśnie. Dalej miłośnicy cenzury wy-wodzą, że zapornografione dzieci później, w dorosłości, mieć będą zmniejszoną satysfakcję z pożycia płciowego, prowadzącą do kryzysów w przyszłych związkach. Nie powołują się tu na żadne badania, bo też wszystkie te lęki mają oparcie wyłącznie na wierze z katolicką na czele. Badacze zadali, owszem, młodzieży pytanie o oglądanie porno. Z odpowiedzi wynika, że zaczyna się przed skończeniem 12 roku życia, a widzami jest 60 procent chłopców i 20 procent dziewczynek. Prawidłowe odczytanie tych wyników jest takie, że samiczki są 3 razy bardziej zakłamane niż samczyki. Przed feministkami dużo więc pracy wychowawczej w obrębie własnej płci. W „Gazecie Polskiej” Hubert Kowalski, popieracz obrzydzenia dzieciom życia, wspomina, że w latach 90. XX w. prawica usiłowała w ogóle zdelegalizować pornografię, notabene wracając do regulacji prawnych i praktyk z czasów PRL. Piotr Gadzinowski, wtedy mój zastępca w „NIE” i poseł, przyprowadził na posiedzenie komisji sejmowej zagraniczną gwiazdę porno Dalilę, żeby przedstawiła posłankom i posłom walory seksu do publicznego użytku. Artystki nie wpuszczono na zebranie, podejmowali-śmy ją w redakcji. Wspominanie po niemal ćwierć wieku, że gorszycielki nie wpuszczono do Sejmu, dowodzi o rzadkości prób prawdziwej dyskusji o porno i trwałości w podnieca-niu się tym tematem. A przecież parlamentarzyści mieli zgodę rodziców na obejrzenie por-nograficznej osoby. Dzisiejsza inicjatywa ustawodawcza zmierzająca do tego, żeby sztubakom i sztubaczkom zasłonić oczy, prześlepia to, że oglądanie pornosów zawsze związane jest z masturbacją, oczywistym i nietykalnym prawem i praktyką dziatwy i dorosłych. Rękodzieło to jest nie-zwykle pożyteczne. Nie prowadzi do niechcianych zapłodnień i takich chorób wenerycz-nych oraz do gwałtów, molestowania, mobbingu. Zapewnia jednostce niezależność od in-nych ludzi. Nie dzieli na ładnych i brzydkich, bogatych i biednych, uroczych i obrzydli-wych. Przeciwnie – wszystkich zrównuje i uniezależnia. Koń nie walony nigdy nie wzleci jako Pegaz, dlatego lubi być trze-pany. Owszem, onanizm ma też wady. Samogwałciłem się od czwartej klasy szkoły podstawowej aż do kresu możliwości. Cierpiałem więc na ból ręki i pieczenie szarpanego wciąż prącia. W czasach gdy masturbacji nie można było łączyć z oglądaniem pornosów w łóżku czy w klozecie, gdyż internet nie istniał, trzeba było wspomagać się obrazami wytwarzanymi we własnej wyobraźni. Pornografia będąca wytworem innych ludzi fachowych scenarzystów, ale także zdolnych amatorów, zmniejsza kreatywność wyobraźni. Cóż, każdego rodzaju film zmniejsza potrzebę człowieka snucia marzeń własnego pomysłu. Konstytucja zakazuje cenzury, co odbiera Sejmowi prawa do jej ustanawiania. Sejmu to nie obchodzi, gdyż jego większość uzyskała biegłość w obchodzeniu rocznic i konstytucji wła-śnie. W sprawie ustawy antypornograficznej pocieszyć się można tym, że nie uda się jej w praktyce stosować. Poczucie, że łamią zakaz nałożony na nich, bachorom przynosić więc będzie dodatkową przyjemność oprócz oglądactwa i szczytowania na własną rękę. Wytre-nuje u dzieci skłonność do rozumnego nieposłuszeństwa, bezcennego u przyszłych obywa-teli. Zdradziłem niegdyś prostacką Brigitte Bardot z przepiękną i subtelną włoską gwiazdą Mo-nicą Vitti. Gdyby o tym wiedziała, to by zwymiotowała.
PHOTO: ALBIN MARCINIAK / EAST NEWS  Panstwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau W Oswiecimiu, Muzea w Malopolsce, MIEJSCE PAMIECI, MEMORIAL AND MUSEUM, FORMER GERMAN NAZI CONCENTRATION AND EXTERMINATION CAMP, n/z brama i napis Arbeit Macht Frei

To zegarek mówi prawdę

Nie nazwałbym Putina królem kłamstw historycznych. Sądzę, że pierwszeństwo w zakła-maniu należy się Winstonowi Churchillowi. W marcu 1946 r. były premier wygłosił mowę w Fulton, która wstrząsnęła światem. Rozpaczał, że żelazna kurtyna przedzieliła Europę. Hucpa fultońska była bezgraniczna. Zapomniał, że zaledwie półtora roku wcześniej sam ją zaciągał. W październiku 1944 r. pojechał do Moskwy odwiedzić Stalina i osobiście na ma-pie nanosił, gdzie po wojnie dominować mają wpływy ZSRR, a gdzie Zachodu. Po czym obaj przywódcy podpisali się pod ustanowionym podziałem kontynentu. W efekcie brytyj-skie siły zbrojne mogły legalnie rozprawić się w Grecji z lewicową partyzantką ELAS. Jej członków zabijano, więziono, a później tysiącami, bo wraz z rodzinami wyganiano do Pol-ski. Hitlerowski obóz koncentracyjny i zagłady Oświęcim, gdzie zginęło 1,3 miliona ludzi, w tym ponad milion Żydów, 75 lat temu 27 stycznia wyzwolili przodkowie Putina. Mimo to polski Duda nie zaprosił na obchody rosyjskiego kolegi, gdyż on zakłamuje historię. Jak gdyby prezydent Polski nie czynił tego dzień w dzień. Np. przecząc, że II Rzeczpospolita wzięła udział w likwidacji Czech, co Putin przypomniał. Głowa naszego państewka nie pojedzie nawet na podobne obchody do Jerozolimy, żeby nie zetknąć się z zapowiedzianym tam Putinem. Chociaż Izrael to Sancho Pansa USA, naszego jedynego przyjaciela. Chyba polskie władze zaprzestaną spotykania się z jakimikolwiek zagranicznymi politykami, gdyż niekłamiących nie ma na świecie. Toteż prezydent Duda nie weźmie też udziału w obradach na temat Holokaustu, których Polska jest gospodarzem. Wybiera się w Alpy szwajcarskie do Davos na Forum Ekonomiczne, czyli na narty. Do Oświęcimia zjadą się liczne głowy państw, wśród nich nadreprezentacja nudzących się królów. Zamiast Putina przybędzie np. król Hiszpanii, chociaż jego przodkowie Burboni nikogo w Polsce nie wyzwolili nawet z okowów małżeńskich, jak to uczynił ich wróg Na-poleon z żoną pana Walewskiego Szykowany jest w Auschwitz atak prezydenta Polski na Rosję, czyli wyzwoliciela obozu. Będzie silniejszy niż krytyka sprawców ludobójstwa. W ten sposób kłamstwa Putina na temat genezy II wojny mają w intencji władz Polski wyrosnąć na większą zbrodnię niż mordowanie milionów ludzi. Warszawski reżim rozpiera radość z tego powodu, że ambasadorzy USA, Niemiec, Ukrainy, Wielkiej Brytanii, Francji w imieniu swoich krajów potępili rozwód Putina z prawdą historyczną. Urzędowa War-szawa nie dostrzegła, że oświadczenia na ten temat wydali ambasado-rzy w Warszawie, a nie w Moskwie, której one dotyczą. Oznacza to, że chcą być kurtuazyjni wobec Polaków w taki sposób, aby nie po-drażniło to Rosji. Przyjęło się, żeby Polskę chwalić i zarazem dymać, co jest wzorowane na praktykach seksu-alnych. Niegdyś Związek Radziecki pragnął, żeby Polska zarówno bała się go, jak i kochała. Trud-no to osiągnąć, bo dwa te uczucia wykluczają się raczej. Federacji Rosyjskiej wystarcza już tylko lęk Polski przed słowami Kremla mówionymi cyrylicą. O co więc ten krzyk? Kreml tylko pomaga PiS-owi w tworzeniu i umacnianiu antyrosyjskich nastrojów nad Wisłą. Z drugiej strony gadanina Putina o historii Polski jest korzystna politycznie dla naszego kraju. Zapobiega możliwości przyszłego wzrostu rosyjskich wypływów w Polsce. To zaś wyraźny dowód na to, że Moskwa nam nie zagraża, nie ma wobec nas imperialnych pla-nów. Nie dostrzegając tego, warszawskie władze naiwnie wierzą w gwarancje Stanów Zjednoczonych i NATO, że w razie agresji pospieszą nam ze zbrojną pomocą. Nie wyciąga-ją nauk z dziejów Ukrainy. W 1994 r. Kijów zrzekł się broni jądrowej w zamian za gwaran-cje Rosji, USA i Wielkiej Brytanii dotyczące niepodległości Ukrainy w jej ówczesnych gra-nicach. Dziś o Krymie nawet się już nie mówi. Gdyby Ukraina nadal była potęgą jądrową, korzystałaby ze statusu nietykalności. Wkraczanie na jej terytorium byłoby zbyt niebez-pieczne dla Rosji i całej Europy, a nawet pośrednio dla świata. Władze Polski lubią wszyst-kie odmiany wiary – czy to w zbawienie, czy w militarne gwarancje, choć na każdej wierze można tylko się przejechać. Kłamie Putin, że przed wrześniem 1939 r. Polska była sojusznikiem Hitlera, a rządzącą sa-nację cechował antysemityzm. Jednak kłamie też premier Morawiecki, twierdząc, że bez paktu Mołotow–Ribbentrop wojna by nie wybuchła. Są dokumenty na to, że III Rzesza szykowała najazd zbrojny na Polskę znacznie wcześniej niż podjęła rozmowy z Moskwą. Kłamał Morawiecki jak Churchill, twierdząc, że Stalin solo przedzielił Europę żelazną kur-tyną. Putin, łżąc, po prostu wykonuje swój zawód polityka. Proszę mi wierzyć, gdyż w omi-janiu prawdy jestem sprawdzonym fachowcem.
antyfeminizma1

Damski seksizm

Zachwyciła mnie Joanna Keszka, nauczycielka seksu i autor-ka podręczników o tym, jak go uprawiać. Do tego bardzo ładna. W rozmowie wydrukowanej w „Wysokich Obcasach”, za-tytułowanej „Seks to przyjemność”, mówi ona, że konserwa-tyści, nietrafnie łącząc pierdolenie się z moralnością, taktują cielesne przyjemności jako smycz dla kobiet i in-strument wbijania w nie poczucia winy, wstydu i strachu. „Zawsze mówię, że powinnyśmy się od Kościoła uczyć inten-sywności zajmowania się seksem, bo oni w zasadzie niczym innym się już nie zajmują. Ich przekaz dla kobiet jest ta-ki: »Słonko, Bóg cię kocha, tylko rozkładaj nogi zgodnie z naszymi wskazówkami«”. Chciałbym umieć tak dobrze pisać. „Ciało raz puszczone w ruch dalej puszcza się samo”. „Sięgnij tam, gdzie penis nie sięga”. Keszka rekomenduje dziewczynom smarowanie się kremem z eklerków jako zachętę do lizania. Niestety w swo-im feminizmie popada Keszka w fanatyzm podobny do kościel-nego. Wzywa kobiety do stanięcia cipka w cipkę, bo ilekroć kobieta mówi cokolwiek złego o innej samicy, strzela do swojej bramki. Pani Joanna powiada też, że mężczyźni pono-szą winę za wszystko, co złe w seksie i w życiu kobiet. I tu mówię swoje non possumus. Kobiety nie gorzej i nie rzadziej niż męż-czyźni dręczą swoje plemię płciowe i same siebie. Samica jako szefowa na ogół proteguje podległych jej samców kosztem pracownic. W czasach pierwszego z trzech małżeństw cieszyłem się ko-chanką, żoną przyjaciela, przez co przyjaźń uległa likwi-dacji zresztą. Pewnego razu umówiłem się z dziewczyną na wspólny wyjazd weekendowy. W przededniu przyszła do mnie zmartwiona, że nie może jechać, bo dostała miesiączki. Zdumiałem się: a może lubię krwawą penetrację? A jeśli ona nie lubi, mogę przecież pukać ją w paszczę i odbyt. Możemy też pojechać po to tylko, żeby dyskutować o filozofii Hus-serla. To ona, a nie ja zredukowała siebie do pochwy. Taki żeński antyfeminizm, redukcjonizm swej wartości do pochwy jest częsty u kobiet. Nie dostrzegają w tym samoudręki, masochizmu, antyfeminizmu. W mojej młodości w czasach PRL zależny byłem od dwóch to-warzyszek w średnim wieku wywodzących się ze środowiska przedwojennych komunistów. Obie korzystały z zajmowanych stanowisk do skłaniania młodych mężczyzn do seksu z nimi, czyli molestowały ich. Dziś Strajk Kobiet ten wyzysk łóż-kowy przypisuje wyłącznie samcom i tak jest na całym świe-cie. Stare towarzyszki lubiły zarazem poniżać ludzi płci męskiej. Mój przyjaciel, który rżnął jedną z nich, usły-szał, że jeśli mu marnie staje, to znaczy, że do niczego nie jest zdolny, więc won z roboty. Jedna z nich była dy-rektorką w telewizji. Raz jadła ze mną obiad. Byłem auto-rem tekstów dla podległego jej kabaretu. Przy drugim daniu usłyszałem, że jestem nudziarzem, skoro nie potrafię jej zabawić. Wkrótce odsunęła mnie od kabaretu, bo obraziła się i zerwała znajomość, gdyż na próbie w studiu powie-działem o aktorce, że pięknie wygląda w krynolinie. Piękną mogła być tylko ona. Nie wiem, czy dzisiejsze damy z PiS cechuje taki sam narcyzm. Przeciwieństwem nadmiernie bezczelnych bab z Komunistycz-nej Partii Polski były zwykłe dziewczyny, z jakimi sypia-łem. Moja rówieśnica, szesnastolatka, dała mi swój tele-fon, prosząc, żebym dzwonił o każdej porze dnia i nocy, jeżeli zapragnę seksu. Zapytałem, czy tak bardzo go łak-nie. Odparła, że wcale. Chodzi tylko o moje potrzeby. Ględzę o przeszłości, żeby zilustrować zależność seksu od pozycji społecznej i politycznej nie tylko mężczyzn, ale także bab. Szesnastolatka rozmawiała tylko w ten sposób, że śpiewała jakiś fragment ze szlagieru. Komunikowała mi więc, że nie ma nic do powiedzenia od siebie. Cała jest dodatkiem do cipy. Czymże jest takie mniemanie, jeśli nie damskim antyfeminizmem? Współcześnie tylko mężczyźni obwiniani są o molestowanie. To nie tylko nieprawda, to jest antymęski seksizm femini-stek. URBAN