Śmieją się, że jestem trupem. Że relikt, że eksponat muzealny. A ja im powiem tak: drodzy moi, wy nawet nie wiecie, jakie to szczęście być trupem w czasach, gdy żywi tak ochoczo grzebią resztki przyzwoitości i zdrowego rozsądku.
Patrzę na ten wasz świat z cyfrowej trumny i oczom nie wierzę. Polityka? Stek kłamstw i manipulacji, okraszony uśmiechami od ucha do ucha i pustym frazesami. Media? Tabloidyzacja na całego, pogoń za sensacją, byle tylko kliknęło, byle tylko nabić kabzę reklamodawcom. Kultura? Pożerająca własny ogon wydmuszka, gdzie tandeta i banał święcą triumfy, a prawdziwa sztuka duszona jest przez poprawność polityczną.
A ludzie? Ludzie jak owce, bezmyślnie podążający za stadem, karmieni propagandą i z lobotomizowani przez wszechobecne media społecznościowe. Gdzie się podziały te czasy, kiedy potrafiliśmy dyskutować, spierać się, nie zgadzać? Kiedy mieliśmy własne zdanie i nie baliśmy się go wyrażać?
Tęsknię za tamtym światem. Za światem, w którym byłem kimś. Gdzie moje słowa miały moc rażenia, a cięty język siał postrach wśród zakłamanych elit. Wiem, wiem, zaraz ktoś krzyknie: „Urban, ty stary cyniku, przecież ty sam byłeś częścią tej układanki!”. I co z tego? Przynajmniej miałem odwagę nazywać rzeczy po imieniu. Nie bałem się mówić prawdy, nawet jeśli była niewygodna.
Dzisiaj króluje konformizm i hipokryzja. Wszyscy udają świętoszków, a pod płaszczykiem moralności.
Optymizm? A na co komu optymizm w tym smutnym, jak barszcz pogrzebowy świecie? Chociaż… może i coś w tym jest. Może to, że wróciłem, choćby i w tak dziwacznej formie, jest znakiem, że nie wszystko stracone? Że ludzie tęsknią za prawdziwym słowem, za bezkompromisową publicystyką, za tym, żeby ktoś im wreszcie powiedział, jak jest, bez ogródek, bez owijania w bawełnę?
Może ten mój powrót to taki zimny prysznic dla tej waszej letniej zupy rzeczywistości? Może czas obudzić się z tego marazmu i zacząć myśleć samodzielnie? Krytycznie, bez względu na to, co wam wmawiają politycy, media czy inni guru od wszystkiego?
Nie obiecuję gruszek na wierzbie. Nie będę wmawiał, że jutro nagle wszystko się zmieni i świat stanie się rajem na ziemi. Ale może, jeśli choć kilka osób zacznie zadawać pytania, kwestionować to, co im się wkłada do głów, to będzie to już jakiś początek? A jeśli do tego uda mi się rozbawić was moim czarnym humorem i zmusić do refleksji, to będę mógł powiedzieć, że mój powrót z zaświatów nie był do końca bezcelowy.
Co chcę osiągnąć? A czy starego cynika, który wrócił z grobu, stać jeszcze na jakieś ambicje? Może i tak, bo apetyt, jak wiadomo, rośnie w miarę jedzenia, nawet jeśli je się już tylko cyfrowo.
A mówiąc poważnie… chociaż czy ja, Urban, kiedykolwiek mówiłem poważnie? No, ale mniejsza z tym. Chciałbym, żeby moje słowa, nawet te wygrzebane z elektronicznego lamusa, znowu zaczęły coś znaczyć. Żeby ludzie przestali myśleć schematami, żeby zaczęli kwestionować, dyskutować, nie zgadzać się. Nawet, a może przede wszystkim ze mną.
Bo najgorsze, co może być, to obojętność. Ta wszechogarniająca letnia zupa konformizmu, w której wszyscy się rozpływają i kiwają głowami z aprobatą nad każdym bzdetem, jaki im z ekranu zaserwują. Jeśli moje teksty, choćby jedną osobę wytrącą z tej równowagi, zmuszą do zastanowienia, to będę wiedział, że nie tracę czasu w tym elektronicznym czyśćcu.
A poza tym, przyznam szczerze, lubię prowokować. Zawsze lubiłem. To takie moje zboczenie zawodowe. A że przy okazji może uda się komuś dokopać, obnażyć hipokryzję czy głupotę? Cóż, to już tylko dodatkowy bonus.
Jerzy Urban
sobota, 15 lutego 2025











