praca

Magistrzy ostrzą noże

Jako młody pracowałem dla pieniędzy, sławy i idei. Nie równocześnie. Przy różnych zajęciach odmienny przodował motyw. Współcześnie początkujący tyrają na dobre CV. Kolekcjonują załączniki do curriculum, a nie – jak ja – fajki.

Dziewczyna pracująca u mnie w domu jako – elegancko mówiąc – gosposia odchodząc poprosiła o świadectwo pracy. – Czy może pan napisać „menedżer rezydencji”? Wpisałem: „menedżer generalny zespołu rezydencji”. Czemuż mam jej żałować. Brałem ją, gdy była sprzedawczynią w pobliskim warzywniaku, co w CV figuruje: „Menedżer sprzedaży, branża spożywcza”.

Ma ona licencjat menedżerstwa i robi magisterium z organizacji i zarządzania. Kariera jej biegnie więc zgodnie z wyuczonym zawodem. Powinienem był jeszcze wpisać, że tłumiła swój pracoholizm, aby chodzić do kościoła. Skoro bowiem pracowała u Urbanów, czyli w strefie skomunizowanej, uczęszczanie na msze świadczyłoby o niej, że nie nasiąkła. Przy zgrabnym dysponowaniu dupą mogłaby więc jako magister-katoliczka dojść do stanowiska prezeski Orlenu. Albo KGHM ze względu na biblijne pokrewieństwo cymbała brzmiącego z miedzią brzęczącą.

W lewicowym świata rozumieniu wielkim sukcesem rządzącej prawicy było zwielokrotnienie liczby studentów. Wyższe wykształcenie stało się w kapitalizmie dobrem masowym jak samochody i kurczaki. Teraz okazuje się i krzyczy się o tym, że zasięg prawdziwego wyższego wykształcenia jest niewiele szerszy niż w PRL. Miliony kupują na raty zwane czesnym za semestr śmieciowe dyplomy wieńczące pozorne studia.

Dwojako oceniać można to zjawisko. Jeżeli wtórny analfabeta z maturą dwa razy na miesiąc słucha wykładu jakiegoś hochsztaplera, klika czasem do wikipedii, żeby przedrukować stamtąd coś, co przekaże jako swoją pracę pisemną, sposobem wypełni test egzaminacyjny i dowie się, że „good bye” to coś innego niż „Boże fruwaj” – lepsze to niż nic. Nie każdy magister musi być choćby ćwierćinteligentem. Dyplom, który poprawia samopoczucie i wzmaga aspiracje społeczne, stanowi wartość dodaną w ludzkim życiu. Zawsze jakaś cząstka naciąganych dyplomantów zrobi ze swego statusu korzystny użytek.

Dominuje jednak pogląd odmienny, a to dlatego, ponieważ o edukacji publicznie debatują uniwersyteccy, czyli na ogół prawdziwi magistrzy, doktorzy i profesorowie. Biadają oni, że miliony młodych ludzi są ofiarami oszustwa, samooszustwa i pieniężnego wyzysku. Rezultatem pozornych studiów są rozczarowania na rynku pracy. Absolwenci wstępnie objawiają wygórowane aspiracje i oczekiwania, a kwalifikacje mają niskie. Zderzenie to powoduje, że szukanie posady jest pasmem kolejnych rozczarowań – i kandydatów, i pracodawców. Wchodzenie w życie stanowi mękę ciągłego spuszczania z tonu.

Sądzę, że kształcenie pozorne w jednym tylko jest gorsze niż jego brak. Przedłuża pobyt w życiowej poczekalni, opóźnia poczucie dorosłości. Poza tym lepiej udawać przed sobą i światem studiowanie niż zupełnie zredukować wczesne życie do kibicowania meczom, układania glazury czy do oglądania seriali i chodzenia z ciążami do ginekologa.

Masowa produkcja sfrustrowanych, okaleczonych, zawiedzionych w swych ambicjach, młodych ludzi rozczarowanych brakiem harmonii pomiędzy ich dyplomami a pośledniością ofert pracy i płacy stwarza wielkie polityczne niebezpieczeństwo. Miliony młodych mających mało do stracenia i zorganizowanych poprzez internet obalić zechce prędzej czy później niekorzystne dla nich stosunki. Wznieci kolejny bunt przeciw elitom.

Dialog niezmyślony z następną pracownicą kuchenną -kolekcjonerką załączników do CV:

– Więc co pani studiuje?

– Bezpieczeństwo.

– Co to znaczy?

– To pomaga dostać się do policji.

– I co pani teraz jedzie zdawać?

– Resocjalizację.

– Co to jest?

– Coś o socjalizmie.

– On dobry czy zły?

– Dla więźniów bardzo dobry.

Żebyż ona chociaż to wiedziała, że robiąc karpia w galarecie do rozpuszczonej żelatyny nie wkłada się zupełnie surowej ryby. I tak dobrze, że nieżywej, bo pokrojonej w dzwonka. Piszę swobodnie, gdyż moja studiująca pracownica domowa tych szyderstw nie przeczyta, bo nie czyta niczego. Czyż jednak kiedyś nie zapragnie poderżnąć gardła komuś więcej niż karpiowi?

Add a Comment