termin1

Pułapka na blondynkę

W Warszawie jeden tylko budynek mieści teatr podupadły o nazwie Teatr Narodowy i średnią operę nazwaną Teatr Wielki (dobrze, że nie Ogromny). W dobie kryzysu należy władzom podpowiadać oszczędności. Najlepiej byłoby zrezygnować z przymiotników. W czasach PRL opozycja powiadała, że demokrację socjalistyczną radaby zastąpić po prostu demokracją. Wziąwszy władzę nie idzie już po tej linii.

Na dobry początek proponowałbym zastąpić politykę historyczną polityką tylko. Polityka historyczna jest przeciwieństwem polityki trafnej, współczesnej, skutecznej. Stanowi ona grę walutą przeterminowaną, wycofaną z realnego obiegu. Prawo i Sprawiedliwość, ale także z mniejszym zacięciem Platforma Obywatelska siadają do pokera usiłując rzucić do puli przedwojenne banknoty, rozgrywać brydża carskimi rublami. Przy tym kolejne rządy z zapałem odbywają dawno już rozegrane licytacje.

Polityka historyczna jako taka ma także tę wadę, że nie tylko Polska ją potrafi uprawiać. Inne kraje mają własne polityki historyczne i one ścierają się wzajemnie bez sensu. Przy tym polityka historyczna każdego kraju pobudza politykę historyczną sąsiadów, co ją samą wtórnie potęguje. Wygląda to mniej więcej tak: my w Rosję Katyniem. Ona w nas losem swoich jeńców z 1920 r., polską okupacją Moskwy w czasach Dymitra Samozwańca i powtórnie w szeregach napoleońskich. My w nią wywózkami na Sybir, oni w nas 600 tysiącami mogił wyzwolicieli Polski. My w Niemców Oświęcimiem. Niemcy w nas wysiedleniami i powojennymi lagrami dla ich cywilów wykonujących pracę niewolniczą. My w Ukrainę rzezią wołyńską oni w nas pacyfikacjami i paleniem cerkwi w epoce II Rzeczpospolitej. Czesi w tąż II RP Zaolziem, Litwini zbrojnym zabraniem im stolicy po I wojnie. Jeżeli Ameryka nam nie da swojej tarczy my jej wypominamy Jałtę. Niemcy powiedzą, oddajcie Wrocław skoro Jałta wam się nie podoba a Francuzi oskarżą Polskę o rusofobię. My im na to, że we wrześniu 1939 byli militarnie bierni a oni w zamian, że chcieliśmy swoimi Żydami zapaskudzić ich w międzywojniu Madagaskar.

W taki to ucieszny sposób polityka międzynarodowa upodabnia się do bójki w przedszkolu o dawno połamane zabawki. Rodzi to pytanie o termin przydatności narodowych krzywd i urazów. Kiedyż właściwie historia się przedawnia zważywszy, że bitwa na Psim Polu już wypadła z gry a nawet o kilkaset lat późniejszy najazd szwedzki na Polskę nie skłania rządu w Warszawie do żądania od Sztokholmu szerszego otwarcia rynku pracy? Kiedy więc przedawni się Katyń? Kiedyż przedawni się Oświęcim? Czy możliwy jest pakt międzynarodowy przewidujący, że każdy naród sam tylko się rozlicza ze swoimi winami?

Nota bene Rosja ze swoich nie chce się rozliczać – no to my w nią taranem z plasteliny. Niemcy rozliczali się do znudzenia – nic im to w naszych oczach nie pomaga.

Gdyby uznać, że zdarzenia XX wieku przedawniły się z końcem tamtego stulecia więc Oświęcimiem zajmują się historycy nie zaś polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych realnie poszkodowane byłyby nie prochy i cienie pomordowanych, bo im jest naprawdę wszystko jedno. A i spadkobiercy odpłakali przodków. Pierwszą poszkodowaną byłaby pani Erika Steinbach. Ona naprawdę bardziej się boi polskiego milczenia o Oświęcimiu niż elokwencji więźnia tego obozu, polskiego ministra Władysława Bartoszewskiego. Poadenauerowskie Niemcy przez pół wieku kajały się za hitlerowskie zbrodnie słowem, czynem, pieniędzmi i politycznymi samoograniczeniami. Kiedy w zamian nie usłyszały ze wschodu: było – minęło zaczęły eksponować swoje własne krzywdy i blizny. W tym kierunku nieco zmieniły swoją politykę historyczną zamiast poniechać wszelkiej. Problem wypędzonych pojawił się więc w polityce Berlina z opóźnieniem kiedy nie ma już wypędzonych, bo ci co są nie czują się wypędzeni tak jak potomkowie lwowian nie czują się lwowianami a polscy potomkowie chłopów pańszczyźnianych czują się narodem polskim aż nadto szlacheckim. Problemowi wypędzonych Niemców dodatkowo dodaje żywotności żywy polski zabytek – szacowny prof. Bartoszewski przydający znaczenia pani Steinbach. Dokonujący jej rekultywacji. Jeszcze trochę polskich starań a stanie się ona w Niemczech symbolem nowej, niepokutnej niemieckiej, narodowej polityki historycznej.

Ja na miejscu polskiego rządu (który reprezentuje min. Bartoszewski) nie słałbym listów wytykających poseł Steinbach jej „antypolskich” wypowiedzi. Postąpiłbym inaczej. Wyobraźmy sobie – powiedziałbym uprzejmie – że zwycięskie mocarstwa przyznają Polsce te niemieckie ziemie wschodnie, które zostały jej realnie przydzielone. Nie dopuszczają jednak do żadnych przymusowych wysiedleń. W rezultacie na obszarze Polski zostaje milion czy 2 mln Niemców więc jest ich teraz circa 3 miliony. Czy chciałaby Pani żyć w Polsce wśród swoich niewysiedlonych za nieuznawaną przez Niemcy wschodnią ich granicą? A może wystarcza Pani mniejsze niemieckie grono na Opolszczyźnie? No to serdecznie zapraszamy do Polski na stałe a na domiar złego także do Sejmu na dwie trzy kadencje.

Oto jak można śmiertelnie wystraszyć panią Steinbach.

 

Add a Comment