output

Kochankowie spod szkła

Oglądam serial „Osiecka”, chociaż nie jest wart moich oczu. Odstręcza sama aktorka. Piękną kobietę gra osoba tak końskiej urody, że tylko czekam, kiedy Osiecka zarży. Agnieszka, podobnie jak Hłasko, miała talent sugerowania setkom osób, że należą do jej przyjaciół. Ulegałem tej złudzie. Moja życiowa ścieżka wiła się więc wzdłuż jej au-tostrady. Ale tylko do czasu. W towarzystwie Osiecka zachłannie przodowała w rozmowach. W tym celu przygotowywała opowieść koniecznie z pointą. W późnym stadium opilstwa ona jednak przez cały wieczór powtarzała jedno jakieś zdanie w kółko. Było to dla mnie torturą nie do wytrzymania. Po śmierci Agnieszki znowu mogę obcować z nią towarzysko jak Kaczyń-ski z Przyłębską. I to właśnie czynię. Na Osiecką gapić się zacząłem w trakcie wspólnych wykładów na studiach dziennikarstwa. Wtedy wyróżniała się tylko urodą, ale silnie. Na Uniwersytecie Warszawskim ten fakul-tet przeznaczony był głównie dla potomków robotników i ma-łorolnych chłopów, wśród dziewczyn przeważał więc typ uro-dy pszenno-buraczanej. Na tym tle tym bardziej uwypuklał się widok Osieckiej czy nawet Hanny Krall. Ta druga na wy-kładach nałogowo dziergała swetry na drutach. Wojtka Frykowskiego, pierwszego męża Osieckiej, poznałem w Łodzi wcześniej niż ona. Biesiadowałem z braćmi Frykowski-mi w Sali Malinowej Grand Hotelu. Wojtek poniżył kelnera, rzucając mu na podłogę banknot pięćsetzłotowy jako napi-wek. Gdy 20 lat później zabiła go w Kalifornii banda Man-sona, uznałem to za słuszną karę za chamską wielkopań-skość. Jednym zasłużyłem się Osieckiej. W latach sześćdziesiątych pierwszy napisałem, że ona nie jest żadną tam tekściarą piosenek, jak ją nazywano, tylko wybitną poetką. Może nie sięgała wyżyn Szymborskiej, ale przerastała Mickiewicza, bo jej poezja nie jest tak koturnowa i manieryczna jak wieszcza. W tamtej dekadzie zadawałem się już towarzysko z Agnieszką. Pamiętam wspólne pijaństwo z nią i Marylą Rodo-wicz w bułgarskich Złotych Piaskach, ówczesnej Riwierze socjalistycznej. W trakcie biesiady jechaliśmy wspólnie konnym powozem do knajpy urządzonej w wyciągniętym na brzeg wraku wielkiego żaglowca udającego statek piratów z odpowiednio poprzebieraną orkiestrą i obsługą. W trakcie tej jazdy idący na swe kolacje reprezentanci obozu pokoju i sprawiedliwości społecznej oklaskiwali nasz pojazd, ma-chali przyjaźnie i krzyczeli: „Polska bułeczka”. Powodem aplauzu nie była nierozpoznawalna dla sojuszniczych rzesz Agnieszka, tylko Maryla objeżdżająca z koncertami kraje socjalistyczne. Jednak obie one ucieleśniały urodę życia w tamtych czasach i stronach, czyli na obszarze ZSRR i demo-ludów. Były ponadpolitycznym symbolem uroku tego miejsca i czasów. Ulubioną przez Osiecką kompozytorkę jej piosenek, Katarzy-nę Gärtner, też poznałem wcześniej niż Osiecka. Będąc jeszcze studentką, przyszła do mnie do „Polityki”. Jej matka pracowała gdzieś na prowincji jako kontrolerka. Po-nieważ nie brała łapówek, personel knajp i barów oskarżył panią matkę o przestępstwo gospodarcze. Mianowicie o za-bieranie ze sobą na obiady do lokali męża emeryta i dzie-lenia się z nim służbowymi posiłkami. Cała miejscowa ga-stronomia przyszła na jej proces i wyrok skazujący powita-ła burzą oklasków. Poszedłem do prokuratora i powiedzia-łem, że główny świadek oskarżenia, kierowniczka kawiarni, kradnie kawę. I mogę to udowodnić. Jak? – zdziwił się. Po-równałem zużycie kawy i cukru do niej w tym lokalu. Cukru rozchodzi się więcej. Nie ma to nic wspólnego z Osiecką, ale podmalowuje klimat epoki. Lata później nastał związek mojego przyjaciela z „Polity-ki” Passenta z Agnieszką Osiecką. Tego przystojniaka gra w serialu aktor o mordzie przypominającej karykatury Żydów z hitlerowskich wydawnictw. Daniel Passent może rzeczywiście nie jest Aryjczykiem, ale nie aż do tego stopnia jak na ekranie TV. Moja druga żona i ja sąsiadowaliśmy z Passen-tami na Żoliborzu, którego jeszcze nie cechowali tak obrzydliwi mieszkańcy jak teraz. Osiecka i moja matrymo-nialna pomyłka przyjaźniły się naprawdę. Przed Żoliborzem para Daniel i Agnieszka mieszkali pod Warszawą. Urządzili tam garden party z okazji nadania mia-na złotej płyty „Małgośce” napisanej przez Osiecką, śpie-wanej przez Rodowicz, na szczęście nie na odwrót. Maryla przybyła swoim sensacyjnym wówczas porsche, przywożąc w prezencie żywego prosiaka. Trzymałem go za tylne nogi do wspólnego zdjęcia gości. Prosiak, dowodząc, że jest już świnią, wysrał mi się na twarz. Ukarano go za to, piekąc. Próżno w serialu szukać tak uciesznych scen, jak i pięknie komponowanych monologów Osieckiej, Szeherezady dla jej to-warzystwa. Spośród znaczących partnerów życiowych Agnieszki nie zna-łem tylko Przybory i Jesionki. Osiecka przestała na jakiś czas być dla mnie łaskawa za sprawą afery w STS. Jej ko-chankiem był wtedy poeta Witek Dąbrowski, naczelny redak-tor dwutygodnika „Współczesność”. Napisał on song „Towa-rzysze, czy w waszej krwi nie za mało czerwonych ciałek” i śpiewał go, krocząc w STS po scenie na czele całego zespo-łu zamienionego w chór marszowy. Po premierze napisałem w „Po Prostu” szyderczy tekst o tym songu, że czerwonych ciałek mamy już po dziurki w nosie. Cały STS się obraził na mnie z Dąbrowskim na czele i jego przyjaciółką włącz-nie. Wspominam o tym, żeby zarysować barwy epoki i niesna-ski tamtych uroczych czasów. Nic z nich w serialu nie ma. Oglądamy w „Osieckiej” szybki przemarsz jej kochanków, jak gdyby to dzieło TVP było ilu-stracją gościnności pochwy Agnieszki. W mieszkaniu matki Osieckiej poetka miała duże biurko po-kryte szkłem. Pod nim małe zdjęcia jej samców bardzo stło-czonych. Oglądając tę wystawę, nie przypuszczałem, że pa-trzę na scenariusz przyszłego serialu o Osieckiej. Ufam, że nie wyczerpie on tematu i ta telewizyjna opowieść o Agnieszce nie będzie ostatnią. Temat ciągle czeka. Swoją zaś drogą, jeżeli TVP spieprzyła Agnieszkę Osiecką, będącą samograjem, to dowód, że wszystko potrafi zepsuć. Cokolwiek Kurski położy na szkle ekranu, to leży i kwiczy.

Add a Comment